Translate

niedziela, 21 października 2012

Luty 2012

Ciężki miesiąc za nami, a właściwie trzy. Adaś dużo ostatnio choruje, właściwie od grudnia rozsypał się worek z chorobami i Adaśko uskutecznia choróbsko za choróbskiem. Teraz kończy właśnie przyjmowanie kolejnego antybiotyku, tym razem dożylnie. Na szczęście udało się tak wszystko załatwić, że synek nie musiał być w tym celu przyjęty do szpitala. Na szczęście – bo jak znam życie i naszego synka-kolekcjonera, to na pewno do jego zbiorów dołączyłby kolejny rotawirus lub jakiś inny eksponat ;) Po uzyskaniu błogosławieństwa lekarzy, zdecydowaliśmy się więc na opcję „Lux”, mianowicie Adaś zostaje w domu, w swoim łóżeczku, w swoim otoczeniu, a dwa razy dziennie przychodzi prywatnie pani pielęgniarka i podaje mu dożylnie antybiotyk. I muszę przyznać, że – abstrahując od kosztów – jest to wyjście absolutnie rewelacyjne. Gdy podawaliśmy synkowi antybiotyki doustnie, bardzo źle na nie reagował. Bardzo bolał go brzuszek, nie mógł przez to spać, jeść, wymiotował po podaniu antybiotyku – a to wszystko bardzo przekładało się na jego całościowe funkcjonowanie, powodowało utratę sił i brak humorku. Teraz – poza chwilami, gdy trzeba zmienić wenflon i wkłuć się jakimś cudem w Adasiowe żyłki grubości włosa – ani Adaś, ani my praktycznie nie odczuwamy jego choroby. Synek jest wesolutki jak młody szczygiełek, znów dużo się śmieje, zagaduje. Znów wróciła jego Mina Specjalna, świadcząca o szczególnym zadowoleniu. Mina Specjalna polega na tym, że Adasiek siedzi sobie wygodnie w foteliku, wymachuje jedną nóżką, ma iskierki w oczach i lekki półuśmiech na buzi i wydaje śmieszne dźwięki, ”pogwizdując” przez ząbki. Jest to mina bardzo odświętna, używana przez Adasia jedynie w momentach odczuwania wybitnej satysfakcji z życia.

W trakcie tej choroby Adaś nawet przybrał na wadze i zbliża się do magicznej wręcz granicy 7 kg. Taki stan rzeczy nastąpił dzięki temu, że – zmotywowani objawami odwodnienia u naszego synka, który w pewnym momencie postanowił, że będzie się żywił rosą i pyłkiem kwiatowym lub zgoła energią słoneczną - zdecydowaliśmy się na czas choroby założyć mu sondę. Sam moment zakładania jest po prostu straszny – trzeba włożyć dziecku przez nosek taką długą rurkę aż do żołądka. Oprócz mechanicznych uszkodzeń ryzyko związane jest też z trafieniem w drogi oddechowe, zamiast do przełyku. W momencie zakładania sondy koncentrator tlenu działa zatem cały czas, w razie gdyby był potrzebny. Na szczęście tata Adasia jest absolutnym mistrzem w zakładaniu sondy i ani razu nie zdarzyło mu się nie trafić do żołądka. Mama w tym względzie prawie do niczego się nie nadaje, trzyma tylko rudy łepek adasiowy i odwraca wzrok, bo nie może na to patrzyć ;) Dobrze, że istnieją ojcowie! :)

Natomiast, gdy sonda jest już założona, Adaś sprawia wrażenie całkiem z niej zadowolonego. Oczywiście, zawsze próbujemy nakarmić go najpierw „przez buzię”. Dopiero, gdy zupełnie się to nie udaje i Adaś odmawia współpracy, podajemy jedzenie lub picie sondą. Adaś wtedy układa się wygodnie, mlaszcze z lubością i w miarę jak brzuszek mu się zapełnia, robi coraz bardziej zadowoloną minkę. To jest dopiero wygodnickie stworzenie!

Mam ogromną nadzieję, że ten antybiotyk wreszcie zadziała na dobre i że choć na jakiś czas zapomnimy o chorobach. Bowiem po poprzednich antybiotykach gorączka i kaszel wracały równo drugiego dnia po zakończeniu kuracji i cała zabawa zaczynała się od nowa. Przybiło to mnie do tego stopnia, że miałam już absolutnie najczarniejsze myśli. Moja rodzina i przyjaciele znów musieli te czarne chmury przeganiać i służyć mankietami do wypłakiwania. Nie będę tego opisywać na tym blogu, bo chcę, żeby ten blog podnosił na duchu rodziców innych chorych dzieci, a nie dodatkowo przygnębiał. Zresztą, rodzice nieuleczalnie chorych dzieci znają ten strach i te czarne dni aż nadto, nie ma sensu się zatem nad nimi dłużej zatrzymywać.

W moim przypadku za koło ratunkowe w tych czarnych dniach posłużyła – jak zwykle – modlitwa oraz fragment książki panią Anny Maruszeczko „Kobieta na zakręcie”, zawierający wywiad z panią Mela, mamą Jaśka Meli. Jest niesamowita, polecam wszystkim. Może komuś też to pomoże.


PS. Ogromnie dziękujemy naszym Dobrym Duchom Lekarskim, które zawsze wspomogą w potrzebie – pani doktor S. ze Słupska i pani doktor W. z Gdańska; oraz panu doktorowi D. ze Słupska. Dziękujemy także pielęgniarce, pani P. ze Słupska za codzienne przyjazdy do Adasia, jej niesamowite ciepło i niezwykłe umiejętności!

Komentarze zamieszczone na poprzednim blogu:
  • dodano: 11 czerwca 2012 22:39
    Dziękuję za ciepłe słowa! Pozdrawiam serdecznie!
    autor Patrycja, mama Adasia

  • dodano: 19 marca 2012 0:58
    Biedny nasz Adasiek. Mam nadzieję, że razem z nadejściem wiosny choróbska już do misiaczka nie powrócą. Dużo dużo zdrówka maleńki. Tatuś to niewatpliwie bohater, ja podobnie jak mamusia wzrok bym odwróciła. Czekam z niecierpliwością na porcję fotek Adasia i jego braciszka. buziaki :)
    autor Longina
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz