Translate

czwartek, 20 lutego 2014

Okruszek nadziei

Zaczęło się od maila. Jego nadawcą była czytelniczka Adasiowego bloga i mama prześlicznej, ale również chorej dziewczynki. W liście mama ta opisała mi pewną metodę terapii, dodając, że bardzo pomogła ona jej córeczce, a być może zatem pomoże również Adasiowi. Jak zwykle, gdy jakaś nowa szansa pojawia się na horyzoncie, serce zabiło mi mocniej i zaczęłam dopytywać i szukać informacji na ten temat. Po doświadczeniach z homeopatią obawiałam się, że terapia aminokwasami (bo o niej mowa) to kolejne czary-mary, najbardziej skuteczne w dziedzinie drenażu kieszeni zrozpaczonych rodziców.

Jednak, ku mojemu zdumieniu, nasza ulubiona pani doktor neurolog potwierdziła informację, że jest to metoda medyczna, która pojawiła się już jakiś czas temu. Wówczas upatrywano w niej rewolucji i nowej nadziei medycyny – niestety, do dzisiaj podobno nie udało się potwierdzić statystycznie jej skuteczności. Ale, jak to ze statystyką bywa, jeśli jednemu dziecku metoda pomoże, a dwóm innym zupełnie nie – to jest statystycznie nieskuteczna. Ale rodzice tego pierwszego dziecka z pewnością dziękują Bogu za to, że mogli ją zastosować.

Zatem postanowiliśmy spróbować. Lekarze, promujący tę metodę, pracują w Pradze, ale okazało się, że kilka razy w roku przyjmują też w Polsce. Zapisaliśmy się na termin wizyty w Poznaniu i zaczęliśmy odliczać dni. Bardzo się baliśmy, czy w ogóle zostaniemy przyjęci, ponieważ pewnemu bardzo nam bliskiemu dziecku, również z Zespołem Millera-Diekera, w ogóle odmówiono przyjęcia właśnie ze względu na ten zespół. Nie mam pojęcia, dlaczego nas przepuszczono – czy przy rejestracji nie doczytano, jaka jest przyczyna Adasiowego gładkomózgowia? Grunt, że  zamiast spodziewanej odmowy dostaliśmy kwestionariusz do wypełnienia przed wizytą.

Wreszcie nadszedł oczekiwany dzień. Młodsze dzieci zostały w domu z nianią i babcią, a my zapakowaliśmy Adasia i ruszyliśmy.

Przed wizytą mieliśmy zaplanowane jeszcze jedno miłe wydarzenie. Otóż okazało się, że jedno z naszych blogowo-zaprzyjaźnionych dzieci, Ziemek, mieszka właśnie w Poznaniu. Była to doskonała okazja, aby poznać się wreszcie w realnym świecie. Co prawda, nasze przeziębienie i niespodziewana zmiana planów u Ziemków nie pozwoliły nam spotkać się w pełnym składzie, ale poznaliśmy przynajmniej Ziemkową mamę, która jako delegat rodziny, przybyła do hotelu, w którym mieliśmy wizytę i dotrzymała nam towarzystwa podczas nerwowego oczekiwania. Ziemkowa mama okazała się niesamowicie pozytywną, radosną i zakręconą osobą – jak my lubimy takich ludzi!!! Ewo, pozdrawiamy, dziękujemy za ciasto i czekamy na Was w naszych nadmorskich okolicach! :)

Wreszcie poproszono nas do środka. Wizyta trwała dość długo (czas wizyty podwajała też konieczność tłumaczenia) i pozostawiła bardzo miłe wrażenia. Pani doktor, zajmująca się aminokwasami, była przemiła i nawet gdy Adaś nakrzyczał na nią porządnie podczas badania, nie obraziła się na niego ;)
Bardzo dokładnie wypytała nas o całą Adasiową historię. Na koniec zapadła cisza. Pani doktor pisała coś na komputerze, czasem wymieniała jakieś uwagi po czesku z tłumaczką i obecnym przy badaniu mężczyzną (przypuszczamy, że przedstawicielem firmy). My czekaliśmy w milczeniu, jak na wyrok. Bicie naszych serc było słyszalne chyba nawet na korytarzu. Wreszcie pani doktor zwróciła się do nas, a tłumaczka czym prędzej zaczęła przekładać jej słowa na język polski.
- Mam nadzieję, że nie oczekujecie Państwo cudu? – zapytała.
Odpowiedzieliśmy, że nie, wiemy, czego możemy się spodziewać po zespole Adasia. Natomiast każdy napad mniej i każdy uśmiech więcej – to dla nas ogromny sukces.
Pani doktor pokiwała głową i kontynuowała:
- Nie wiem, czy uda się zatrzymać napady u Adamka – usłyszeliśmy. – Natomiast uważamy, że jest szansa na poprawę napięcia mięśniowego i na poprawę w zakresie kontaktu z wami i ze światem, na ten uśmiech, o którym pani wspomniała. Zatem, jeśli państwo są zdecydowani, to podejmiemy się leczenia. Zdecydowaliśmy też, że – ze względu na wiek dziecka i na jego ciężki stan – damy Państwu zniżkę na kurację.

Nie umiem wprost opisać, jak bardzo się ucieszyliśmy! Wykorzystujemy każdą szansę na leczenie i na poprawę stanu Adasia i tak bardzo pragnęliśmy usłyszeć dokładnie takie słowa – a jednocześnie tak bardzo baliśmy się bezradnego rozłożenia rąk i „nic nie możemy zrobić”. Zniżka też oczywiście bardzo nas ucieszyła – kilkadziesiąt euro piechotą nie chodzi :) – ale już sama perspektywa, że nie wszystkie drzwi przed nami zamknięte, że jest jeszcze jakieś światełko w tunelu, dodała nam siły do życia. 

Teraz z niecierpliwością czekamy na pierwszą dostawę aminokwasów i oczywiście z całych sił trzymamy kciuki, aby Adaś znalazł się w tej grupie, na którą terapia działa.
Oczywiście, będziemy się dzielić spostrzeżeniami. A jeśli ktoś chciałby poczytać trochę więcej, to podaję link do praskiego centrum: http://www.padaczka-epilepsja.pl/


piątek, 7 lutego 2014

Aaa kotki dwa...

Ostatnio przez tydzień gościli u nas „dziadkowie warszawscy”. Przywieźli z sobą nowych członków rodziny – dwa przytulaste kociaki, czarną Psotkę i rudego Urwisa. No i się zaczęło. Młodsza dwójka zakochała się w nich od pierwszego wejrzenia. Pawełek zresztą od zawsze był miłośnikiem kotków, ulubione trasy spacerowe to te obfitujące w „kocie przystanki”. Teraz po prostu oszalał z miłości. Okrzyki „Toty, toty!” (=koty) zaczynały się od bladego świtu, a kończyły późnym wieczorem. Dzieci niemal nie było – całymi dniami przesiadywały z dziadkami  w ich pokoju, głaszcząc kotki, bawiąc się z nimi lub po prostu na nie patrząc.

Któregoś wieczoru położyliśmy też kotka na kolanach Adasia i zaczęliśmy go głaskać Adasiową rączką. Ku naszemu ogromnemu zdumieniu Adaś jakby specjalnie rozluźniał rączkę, wyraźnie się ożywił, a nawet kilka razy się uśmiechnął! Urządziliśmy takie sesje głaskaniowe sesje kilka razy i za każdym razem Adaś bardzo pozytywnie reagował na kotka.

Po Alutkowych urodzinach dziadkowie wraz z kotkami wyjechali z powrotem do Warszawy, a my zostaliśmy z zagwozdką. W marzeniach już widzę słodkiego, puszystego kotka, leżącego obok Adasia w jego łóżeczku i Adasia głaszczącego go i uśmiechającego się. A rzeczywistość? W naszym domu poza nami i trojgiem małych dzieci mieszkają jeszcze dwa duże psy i rybki. Tuż obok, również jako część rodziny, kolejne dwa psy i papużki. I jak tu wprowadzić w ten cały ekosystem brakujące ogniwo łańcucha pokarmowego? Jak ochronić wpół oswojone okoliczne ptaszki, które zlatują z całej okolicy do trzech karmników rozlokowanych w naszym ogrodzie i które nauczyły się już, że nasze psy i dzieci nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia? Jak wśród natłoku codziennych obowiązków – dzieci, Adaś, rehabilitacje, wyjazdy na wizyty lekarskie, dom, psy, praca męża i moja – znaleźć czas dla jeszcze jednego domownika? Jak przyzwyczaić do niego cztery psy? W dodatku moja przyjaciółka, która zajmuje się m.in. felinoterapią, poleca nam (jeśli już musimy wziąć kota) raczej kota rasowego, który z większym prawdopodobieństwem będzie prospołeczny, rodzinny, mniej chętny do polowania na ptaszki i będzie umiał dogadać się z psami. Tylko że kot takiej rasy po pierwsze kosztuje, a po drugiej jest wielki jak pół tygrysa. Jak tu takiego położyć z Adasiem w łóżeczku?

Myślę i myślę, przeglądam fora kociarzy i nie umiem podjąć żadnej decyzji. Mąż skapitulował pod wpływem błagalnego Pawełkowego „Taatooo, totaaa!” wzbogaconego miną (nomen omen) kota ze Shreka i ostateczną decyzję pozostawił mi. No i co teraz?




A w ramach PS-u anegdotka. Przed przyjazdem dziadkowie obiecali Pawełkowi, że jak przyjadą, przywiozą z sobą kotki i "bułę" (ukochany przysmak moich dzieci) dla Pawełka.
Po Alutkowym roczku dziadkowie odjeżdżali z samego rana. Budzę więc dzieci, aby zdążyły się z dziadkami pożegnać. Pawełek półprzytomny siada na łóżeczku i jeszcze nie bardzo wie, co do niego mówię.
- Pawełku – powtarzam więc. – Zejdź na dół, bo pewnie chcesz jeszcze pobyć z babcią i dziadkiem, a oni niedługo będą wyjeżdżać.
- Domu? – pyta Pawełek.
- Tak, do domu. – potwierdzam.
- A toty?
- Jadą z nimi.
- A buła? – z niepokojem pyta Pabliś.
- Buła zostaje. – ukryłam uśmiech. 
Na to Pablo uspokajająco:
- Zjeemy.


niedziela, 2 lutego 2014

To już rok!!!

Nie mogę uwierzyć, że od narodzin Alutki minął już rok. Jeszcze tak niedawno była bezradnym niemowlaczkiem, domagającym się nieustannego noszenia na rękach. A dzisiaj mamy w domu brzdąca biegającego z prędkością światła, gadającego ile wlezie, kokietującego wszystkich wokół i mającego najbardziej zaraźliwy uśmiech świata. Alutek ma już swoje zdanie, o które walczy z całych sił i zdecydowanie bezradnego niemowlaczka nie przypomina.

Urodzinki udały się wyśmienicie. Dzień był przepiękny, niemal wiosenny. Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały w ogrodzie, a śnieg topniał. Od rana krzątaliśmy się wszyscy, przygotowując potrawy i dom na przyjęcie.
Ponieważ pierwszy rok życia Alutki upłynął pod hasłem ukochanego kocyka w truskaweczki, zatem truskawki były motywem przewodnim przyjęcia. Ściany zdobiły czerwone balony przerobione na truskawki za pomocą markera i zielonej bibułki (Ala chodziła wokół nich zachwycona i zadzierając główkę wciąż powtarzała: „Mamo, baloo (=balon)”), torcik był w kształcie truskawki, piniata również. Truskawki gościły nawet na serwetkach i na Alusiowej opasce do włosów.

Przygotowując menu bardzo zważałam na to, aby wszystko było dostosowane do możliwości żywieniowych dostojnej Jubilatki. Było więc mnóstwo suszonych owoców, mini-kanapeczki z pieczoną w domu szynką i pomidorami bez skórki, owoce, marchewkowe ciasteczka, sałatka z gotowanych warzyw z robionym w domu majonezem, a do picia sok malinowy robiony przez „warszawską Babcię” z jej własnych malinek. Nie mogło też zabraknąć ukochanego Alusiowego spaghetti z sosem z przecieru (także autorstwa „warszawskiej Babci” z ogródkowych pomidorów).

Największy problem miałam z tortem, ponieważ Ala nie toleruje jeszcze krowiego mleka i mlecznych wyrobów. Ale od czego Internet. Znalazłam przepis na krem tortowy bez mleka i pełna nadziei przyrządziłam go. Internet ma to do siebie, że jest w nim mnóstwo wspaniałych przepisów – ale równie dużo tych zupełnie do niczego. Wynaleziony przeze mnie przepis na bezmleczny krem był z tej drugiej kategorii (choć niewykluczone, że zawiodło wykonawstwo). Było już po drugiej, goście zaproszeni na szesnastą, a krem zupełnie nie chce zgęstnieć i przypomina konsystencją (i smakiem niestety też) krochmal. Groźba pierwszych urodzin bez tortu zawisła nad moją córeczką (swoją drogą, nie ma szczęścia do tortów ta nasza Alutka– na chrzciny przecież w ogóle zapomnieliśmy zamówić tort). Na szczęście, moja mama w tym momencie wpadła na genialny pomysł zrobienia klasycznego budyniowego kremu tortowego… na Bebilonie! Byliśmy trochę sceptyczni wobec tego pomysłu, ale w sumie nie mieliśmy już nic do stracenia.


Ku naszemu ogromnemu zdumieniu, krem wyszedł po prostu znakomity!!! Potrawy „dziecioprzyjazne” również wszystkim smakowały, a ja rozkoszowałam się pierwszym przyjęciem, podczas którego nie musiałam strzec stołu niczym Cerber i nieustannie wołać do dzieci: „Tamtego nie, tego nie wolno, to nie dla dzieci!”.

Alicja (prawie) sama zdmuchnęła świeczkę na torcie (a po niej oczywiście Pawełek i cała kolejka pozostałych dzieciaków), dostała wspaniałe prezenty (wszystkie dzieci też dostały po Prezenciku-Pocieszycielu), zainicjowała rozbijanie piniaty-truskawki i tradycyjnie stanęła przed wyborem: książka, pieniądze, różaniec czy kieliszek. My z mężem trzymaliśmy kciuki za książkę, ewentualnie pieniądze. A co wybrała nasza najmłodsza? Zobaczcie. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki, aby to znaczyło, że zostanie terapeutką uzależnień albo świetnie zarabiającym kiperem ;)

video



A tytułem podsumowania rocznego:

Ilość zębów: 4
Długość włosów: zdecydowanie niewystarczająca
Ilość uroku osobistego: przekraczająca wszelkie dopuszczalne normy
Ukochany przedmiot: kocyk w truskaweczki
Ukochane potrawymakaron i buła



Ukochana bajka: „Masza i niedźwiedź” - głównie czołówka ;)
Ulubiony sport: wspinaczka wysokostolikowa z wariacją wysokoschodową


Aktualnie ćwiczona umiejętność: jazda na jeździku czterokołowym oraz jedzenie łyżką i widelcem
Aktualny zasób słownikowy: 
mama, tata, baba, Ada (=Adaś), Pao (=Pablo), he-he (=piesek), muu (krówka), mee (owca lub koza), be, balo (=balon), bała (=bałwan), alo (=telefon), lala, buła (bułka oraz wszelkie inne produkty spożywcze), Ala, brum, auto, nie, bawo (=brawo), pa!, do it-do it-do it! (= idę broić), bach! (=upadłam)
Aktualnie wypowiadane „zdania”:
Ada khe khe! (Adaś kaszle)
Mama, be! (Mamo, proszę zmienić mi pampersa)
Pierwszy sms w życiu:
do taty z telefonu mamy – o treści najwyraźniej politycznej:



Miejsce w rankingu na najwspanialsze dziecko świata:
I –sze (ex aequo z Pawełkiem i Adasiem)

I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno nie było jej wcale – a mimo to świat istniał!



sobota, 1 lutego 2014

Raport z frontu

Niby skończyła się już jesienna plucha i deszczowe dni, za oknem mróz i skrzący się w słońcu śnieg. Ale nie przeszkodziło to naszemu Adasiowi (a właściwie całej trójce) okropnie się przeziębić. Kichają, prychają i smarczą okrutnie. Na szczęście, smarkanie powoli ma się ku końcowi. Nawet Adaś, po zeszłotygodniowym kryzysie, ma się trochę lepiej, wrócił już nawet na ćwiczenia  i wygląda na to, że zwalczył kolejną infekcję bez pomocy antybiotyku.

Nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniło się nasze podejście do chorób Adasia przez te trzy lata. Początkowo każda infekcja była dla nas ogromnym zagrożeniem. Za każdym razem strach, że jest to początek końca, po prostu nas obezwładniał i odbierał umiejętność logicznego myślenia. Przy każdym, nawet niewielkim, podwyższeniu temperatury, natychmiast jechaliśmy do szpitala lub nawet w środku nocy wzywaliśmy Adasiową Panią Doktor, która jak najszybciej, bez słowa wyrzutu przyjeżdżała do nas – czy raczej przylatywała na swych anielskich skrzydłach.
Teraz infekcja u  Adasia jest już po prostu infekcją. Nie wiem, dlaczego, ale przestałam się już tak rozpaczliwie bać o niego i upatrywać symptomów zbliżającego się końca absolutnie we wszystkim. Bardzo, bardzo się z tego cieszę.

Dostaję dużo maili z pytaniami o to, jak często Adaś choruje, jak taka choroba przebiega i jak sobie wtedy radzimy. Pomyślałam sobie, że to może dobra okazja, aby to wszystko opisać też na blogu, może się komuś takie doświadczenia przydadzą.

Zwiastunem zbliżającej się infekcji jest u Adasia zwiększenie ilości napadów padaczkowych. Jeśli po kiepskim pod względem padaczki dniu zwiększa się u Adasia ilość wydzieliny, to możemy być niemal pewni, że coś się szykuje. Jak tylko widzimy pierwsze symptomy infekcji, zaczynamy podawać  Adasiowi Neosine, syrop wspomagający działanie układu odpornościowego oraz kropelki probiotyczne Biogaja. Zestaw ten utrzymujemy przez cały okres choroby.

Infekcja natychmiast powoduje u Adasia zalegania gęstej wydzieliny w bardzo dużych ilościach. Kiedyś, gdy nie umiał jeszcze kaszleć i gdy nie mieliśmy kamizelki, owa zalegająca wydzielina bardzo szybko nadkażała się, powodując zapalenia oskrzeli lub płuc.
Priorytetem jest więc dla nas ewakuacja zalegającej wydzieliny. Przy słabszych infekcjach – lub na ich początku – robimy Adasiowi inhalacje z soli fizjologicznej. Gdy te inhalacje nie pomagają, robimy wówczas 2 x dziennie inhalacje z Mucosolvanu, który rozrzedza tę zalegającą wydzielinę i przez to ułatwia jej ewakuację. Niestety, Mucosolvan ma to do siebie, że oprócz rozrzedzania wydzieliny, tez zwiększa jej ilość. Dlatego zawsze w pierwszej kolejności sięgamy po sól fizjologiczną.

Zaraz po inhalacji oraz jakieś 20 minut po, oklepujemy Adasia kamizelką. W czasie infekcji oklepujemy go zresztą bardzo często – kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie (gdy nie jest chory oklepujemy go raz dziennie). Nawet nie chcę wspominać czasów „przedkamizelkowych”, kiedy kładliśmy Adasia na naszych kolanach, na brzuszku główką w dół albo na kanapie na konstrukcji z poduszek, również na brzuszku z głową niżej niż reszta ciała i oklepywaliśmy go ręką, nieraz całymi godzinami. Kiedy jedną osobę zaczynała boleć ręka, druga ją zmieniała, a biedny Adaś nieraz aż miał obolałe plecki od tego uderzania. Teraz oklepywanie trwa trzy minutki i jest dużo, dużo, dużo bardziej efektywne. Muszę przyznać, że kamizelka oscylacyjna jest dla nas obecnie najbardziej niezbędnym sprzętem i dziękuję Bogu, że ktoś mądry wymyślił tak wspaniałe urządzenie i że oklepywanie kamizelką nie wpływa negatywnie na Adasiowe napady (a podobno jest takie ryzyko).

Bardzo dbamy też o Adasiowy nosek – często psikamy do niego Sterimarem, po czym ociągamy katarek Fridą. Na koniec jeszcze psikamy preparatami typu Nasic, żeby ochronić i trochę zregenerować błonę śluzową.

Często też mierzymy Adasiowi temperaturę, bo niestety Adaś potrafi dostać gorączki w przeciągu dosłownie kilku minut. Mamy bezdotykowy termometr, więc możemy mierzyć temperaturę nawet w środku nocy nie budząc go ze snu.

Codziennie też osłuchujemy Adasia, aby w porę wyłapać wszelkie niekorzystne zmiany i na czas włączyć ewentualny antybiotyk. Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że moja mama jest lekarzem – co prawda, zupełnie innej specjalności, ale co nieco jeszcze z pediatrii pamięta ;) Ostatnio my też postanowiliśmy się nauczyć osłuchiwania synka, aby móc samodzielnie i o każdej porze dnia i nocy wyłapać zagrożenie. Teraz walczymy więc dzielnie ze stetoskopem :) A jak osłuchowo pojawiają się jakieś niepokojące zmiany, to dzwonimy po naszą kochaną Panią Doktor.

Jeśli dochodzi do takiej konieczności, że trzeba synkowi podać antybiotyk, dzwonimy po naszą drugą „Wybawicielkę Chorobową”, czyli Adasiową Pielęgniarkę. Niestety, Adaś z sobie tylko znanych przyczyn, zupełnie nie toleruje antybiotyków doustnych. Wymiotuje nimi tak niezwłocznie, że nie pozostawia nam nawet cienia nadziei, że jakaś kropelka antybiotyku została „w środku Adasia”. Za każdym razem prosimy więc Adasiową Pielęgniarkę o założenie wenflonu i o przyjazdy do Adasia dwa razy dziennie, aby podawać mu antybiotyk dożylnie.

Na noc, aby się Adamkowi dobrze spało, smarujemy go specyfikami typu Pulmex Baby, aby zmniejszyć katarek i ułatwić mu oddychanie. Obficie wsmarowujemy maść w klatkę piersiową, plecy i stópki, smarujemy odrobinkę pod noskiem i na piżamkę.

Ponieważ jesteśmy zdania, że świeże powietrze jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie, często też wietrzymy mieszkanie. Kilka razy dziennie zabieramy Adasia do innego pokoju lub szczelnie go otulamy i otwieramy na przestrzał okna i drzwi. Wietrzymy tak intensywnie około 10 minut. Po takim wietrzeniu często włączamy lampę bakteriobójczą (oczywiście, pilnując, żeby żadne dziecko ani pies nie weszło w tym czasie do pokoju), aby definitywnie wybić te bakterie i wirusy, którym nie dał rady przeciąg. Jeśli mamy potem jeszcze troszkę czasu, to wietrzymy też po naświetlaniu lampą, żeby pozbyć się jej charakterystycznego zapachu.

Bardzo dbamy też o zapobieganie przenoszeniu się wirusów. Każde dziecko ma swój „zestaw noskowy” (swoją Fridę, swój Sterimar i swój Nasic). Chusteczki higieniczne służą wyłącznie do jednego wytarcia noska, potem wędrują do kosza. Każdorazowo po wytarciu noska któremuś z dzieci, psikaniu do noska czy odciąganiu kataru, dokładnie myjemy ręce mydłem bakteriobójczym. Bardzo pilnujemy też, aby nie oczyszczać nosków jednemu dziecku po drugim, bez umycia rąk pomiędzy nimi. Gdy w domu jest jakakolwiek infekcja, przed podejściem do Adasia, każdorazowo dezynfekujemy ręce żelem.

Po przyjściu do domu natychmiast myjemy ręce – uczulamy na to też każdego, kto do nas przychodzi. Nie ma możliwości podejścia do dziecka, jeśli po wejściu do domu nie umyje się rąk. Na ogół też po przyjściu do domu, zanim podejdziemy do dzieci, zmieniamy ubranie na czyste, zanosząc od razu do prania to, w którym byliśmy poza domem.

Jeśli to ktoś inny w domu jest chory, to wędruje do „izolatki”, czyli zamyka się w innym pokoju (oczywiście, mówię o dorosłych). Przed wejściem do tego pokoju zmieniamy ubranie, myjemy i dezynfekujemy ręce – po wyjściu tak samo. Nie wspominam już o takich rzeczach, jak częsta sterylizacja dzieciowych naczyń i przyborów.

Może czytając to wszystko, uznacie, że niedaleko nam do „nerwicy natręctw” i że przesadzamy. Być może. Ale fakty są takie, że od czasu, gdy mamy kamizelkę i stosujemy te wszystkie środki ostrożności, niedługo minie rok. I przez ten rok Adaś zaledwie raz był chory tak, że musiał przyjmować antybiotyk. Przyznacie, że byłby to dobry wynik nawet jak na zupełnie zdrowe dziecko :)

Noc już głęboka, zatem zdrowia Wam wszystkim życzę i uciekam spać, bo jutro (a właściwie już dziś) impreza! Nasza Alutka kończy już roczek! I kiedy to minęło…

Na koniec jeszcze tylko pochwalę naszego najstarszego - chory, nie chory, ale przekręcić się w poprzek łóżka i obudzić kopniakiem śpiącą obok matkę to potrafi ;) I pomyśleć, że trzy lata temu nie potrafił poruszyć rączką ani nóżką, o zmianie pozycji nawet nie wspominając - i tak podobno miało pozostać. Jak dobrze, że czasem przewidywania się nie sprawdzają!