Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasze życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasze życie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Z Alicją (i nie tylko) w Krainie Czarów

Któregoś zimnego, międzyświątecznego dnia teściowie zaproponowali nam spacer po ogrodach w Wilanowie, gdzie prezentowana jest akurat instalacja Labirynt Światła. Zgodziliśmy się dość niechętnie, bo minusowa temperatura odstraszała od wszelkich eskapad, zwłaszcza po zachodzie słońca. Ale ostatecznie pokonaliśmy świąteczne lenistwo, ubraliśmy ciepło siebie i dzieci i ruszyliśmy.

Jak się okazało, była to jedna z najlepszych decyzji podczas tego wyjazdu. Instalacje były przepiękne! Była tam świetlna fontanna, karoca zaprzężona w świetliste rumaki, pokaz świateł z muzyką… Naszym dzieciom najbardziej przypadł jednak do gustu labirynt świateł. Instalacja nawiązuje do "Alicji w Krainie Czarów" - jest tam i domek z kart, i czajnik z filiżanką, i kapelusz z królikiem, i wielka dziurka od klucza...





Pawła zachwyciły małe, okrągłe okienka w świetlnym „żywopłocie”, do których mógł podskakiwać i wołać „a kuku!”. 

Alicja natomiast odkryła „mysie dziurki” porozmieszczane w ścianie „żywopłotu” i uparcie wystawiała na próbę moją cierpliwość, kondycję i umiejętność biegania po śniegu na wysokich obcasach. Ni stąd ni z owąd niknęło toto bowiem w nagle wypatrzonej mysiej dziurce, wyczołgiwało się z niej po drugiej stronie „żywopłotu” i beztrosko biegło dalej w alejki labiryntu, przemykając między tłumem obcych ludzi i za nic mając pozostawioną po drugiej stronie płotu matkę, która nawet na wydechu nie ma szans zmieścić się w żadną mysią dziurkę i z przerażeniem w oczach gna wzdłuż płotu, szukając przejścia. Gdy wreszcie udawało mi się ją znaleźć i dopaść, maluch zanosił się radosnym śmiechem i myk! – w następną mysią dziurkę. A matka znów w te pędy wzdłuż płotu, jak na załączonym obrazku (muzyka w tle to trwający właśnie pokaz świateł - stąd też pustki w labiryncie)...




Moment wytchnienia miałam, gdy nasza gwiazdeczka zaczęła zawierać nowe znajomości. Spotkała bowiem nieco młodszego - sądząc na oko - młodzieńca, który jej się bardzo spodobał. Najpierw otaksowała go krytycznym spojrzeniem, ale że oględziny wypadły nad wyraz pomyślnie, nie dając biedakowi szans na chwilę zastanowienia, przytuliła go mocno i zaprowadziła do bardzo klimatycznego, świetlnego domku. Na moją prośbę, abyśmy już szły, chętnie się zgodziła, biorąc młodzieńca za rękę i niewątpliwie dając do zrozumienia, że wrócimy, ale nie same ;) Na szczęście, w którymś momencie płomienny romans się wypalił i młodzież rozeszła się w przeciwne strony, wyraźnie ukontentowana przeżyciami.



Dołączyłyśmy wreszcie do reszty naszej gromadki i cieszyliśmy się wszyscy Adasiem i tym, że te świetliste cuda budziły jego wyraźne zainteresowanie. Naprawdę na nie patrzył, wodził wzrokiem za coraz to nowymi światłami i zupełnie nie miał zamiaru uskutecznić swojej ulubionej aktywności, czyli błogiej drzemki.



Wyprawa była tak wspaniała, a nasza radość z Adasiowego zainteresowania tak duża, że w wieczór poprzedzający nasz wyjazd do domu, zrobiliśmy sobie równie udaną powtórkę.
Nasz ostatni wieczór ze światełkami zakończył się bonusikiem. Udaliśmy się bowiem wszyscy na pyszne, gorące gofry (ku ogromnemu rozczarowaniu mojego osobistego emigranta warszawskiego nie było niestety „pańskiej skórki”), a dzieci wyprosiły jeszcze zakup świecących i migających różdżek. Chcieliśmy kupić też jakąś świecącą zabawkę Adasiowi, ale ze względu na padaczkę chcieliśmy taką, która by  nie migała, tylko świeciła jednostajnie. Jedyną taką zabawką okazał się błękitno-biały miecz świetlny (prawie jak Jedi), więc zakupiliśmy go naszemu najstarszemu – ku jego widocznemu zainteresowaniu.


Instalację świetlną w ogrodach wilanowskich polecamy – jeśli ktoś z Was będzie w Warszawie do marca, to naprawdę warto obejrzeć (więcej zdjęć tutaj - klik). Uważajcie tylko na „mysie dziurki” – dają w kość, zwłaszcza rodzicom ;) 

czwartek, 20 listopada 2014

W magicznym świecie

Szmer głosów, nastrój wyczekiwania jest niemal fizycznie wyczuwalny. Jeszcze płoną jasne światła. Dzwonek pierwszy, drugi. Gwar powoli cichnie. Trzeci dzwonek rozcina zapadającą już ciszę. Z wolna zapada ciemność. Oczy wszystkich utkwione są w miękkiej płachcie materiału, która już za chwilę otworzy nam drzwi do zupełnie innego świata...

Znacie to, prawda? Tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę pełnego emocji oczekiwania na rozpoczęcie spektaklu. Uwielbiam teatr. Nie jestem koneserem, mój odbiór jest bardzo intuicyjny, ale to nie zmienia faktu, że mogłabym chodzić do teatru codziennie.
Niestety, brak możliwości przewidzenia Adasiowego dobrostanu z wyprzedzeniem na tyle znacznym, by zdążyć zarezerwować bilety oraz mało możliwości zostawienia wieczorami naszej wesołej gromadki komukolwiek, od kilku lat skutkują przymusową abstynencją teatralną, nad czym oczywiście boleję.

Już jakiś czas temu jednak przyszedł mi do głowy pomysł, aby połączyć przyjemne z pożytecznym, zabrać czeredę i zacząć wizytować Teatr Lalki. Po przeanalizowaniu repertuaru, w którym wszystkie przedstawienia skierowane były dla dzieci w wieku >3 lata, zwątpiłam jednak w słuszność mych zamiarów i postanowiłam odłożyć je na rok co najmniej.

Tymczasem z pomocą mym marzeniom przybył czysty przypadek. Pawełkowa ex-niania, Lala, (ta od śpiewanego prezentu dla Adasia, pamiętacie?) zaprosiła nas na koncert dla dzieci, na którym śpiewała piosenki z bajek. Niepokoiliśmy się troszkę, czy Alusia wytrzyma prawie godzinę. Jednak przez wzgląd na Lalę postanowiliśmy pójść i na wypadek konieczności nagłej ewakuacji po prostu usiąść blisko wyjścia.
Nasze obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Koncert był bardzo przemyślany, piosenki przeplatane były zabawami i konkursami, a Lala śpiewała przepięknie. Oba nasze maluchy (chory Adaś został wówczas w domu) były oczarowane, bez większych trudności weszły z innymi dziećmi na scenę, biły brawo i podśpiewywały znajome fragmenty.

Po tym sukcesie nic już nie mogło mnie powstrzymać. Zarezerwowałam bilety na pierwsze możliwe przedstawienie w Teatrze Lalki - i zaczęło się pełne emocji wyczekiwanie.

Wreszcie nadszedł ten dzień – bardzo dla mnie emocjonujący, bo oto moje pociechy miały pierwszy raz w życiu posmakować czegoś, co dla mnie jest bardzo ważne i byłam ogromnie ciekawa ich reakcji.

Oczywiście, nie obyło się bez wpadek, bowiem szykując dzieciom eleganckie ubrania skonstatowałam ze zdumieniem, że cała moja trójka ma na spółkę jedną białą koszulę... Z pozostałych bowiem albo wyrośli, albo doprowadzili je do takiego stanu, że nie nadawały się już do publicznej ekspozycji (jestem niestety dość beztroską mamą, przedkładającą radość i kreatywność dzieciaków nad czystość ubranek, na czym te ostatnie zdecydowanie cierpią). Po przekopaniu przepastnych głębin szaf i worków z napisem „za duże ubranka” udało się na szczęście jednak skompletować trzy galowe zestawy.

Wyszykowani i eleganccy dotarliśmy do przybytku Sztuki. Teatr bardzo miło nas zaskoczył, ponieważ nie napotkaliśmy absolutnie żadnych barier architektonicznych. Podjazd na schodach, choć wizualnie pamiętał zamierzchłe czasy, perfekcyjnie spełniał swoją funkcję. Nie było też żadnych problemów z wejściem z wózkiem na salę ani z ustawieniem wózka tak, by nie przeszkadzał innym i zapewniał komfort odbioru naszemu Księciu.

Przedstawienie było wspaniałe - „Jaś i Małgosia” w wersji wierszowanej, pozbawionej drastyczniejszych szczegółów i wzbogaconej o morał – i sądząc po reakcjach nieletniej publiczności zdobyło serca widzów.

A jak nasza trójeczka? Cóż. Adaś, jak to Adaś, zaprezentował luzik w najlepszym wydaniu i usnął niedługo po rozpoczęciu akcji.
Pawełek, nasza „emocjonalna  nitrogliceryna”, nie zdzierżył scen ze straszną czarownicą (swoją drogą, robiących wrażenie – ciemno, dymy i stroboskopowe błyski) i w towarzystwie taty zdecydował się opuścić widownię. Słodziak skarżył się potem, że bał się trochę „Babci Jadzi” albo „Babci Czarownicy” – a gdy go poprawiliśmy, że to nie żadna babcia, tylko Baba Jaga, stwierdził z oburzeniem, że to tak nieładnie i że on będzie mówić po swojemu ;)
A Alusia, o której wytrzymałość wszyscy się obawialiśmy, okazała się wielką miłośniczką teatru. Przesiedziała niemal bez ruchu całe przedstawienie, całą swoją osóbką bez reszty zaangażowana w to, co się działo na scenie. Do rzeczywistości wróciła dopiero wówczas, gdy kurtyna opadła, na nowo zapłonęły światła i przebrzmiały ostatnie oklaski. Odwróciła wtedy do mnie zaróżowioną z emocji buzię, wołając: „Jeszcze raz!”. No i niestety – w momencie, gdy dowiedziała się, że tu nie ma możliwości przewinięcia i obejrzenia jeszcze raz, popłynęły łezki i trochę trwało, zanim udało nam się ją pocieszyć.

Zgodnie jednak uznaliśmy sobotnie wyjście za bardzo udane. Na gorącą prośbę Alicji, w tę sobotę czeka nas powtórka z rozrywki, na co wszyscy w sumie czekamy z niecierpliwością. Nie wiem jednak, czy uda się wszystkich zadowolić – Ala dopytuje, czy będzie wilk (jakoś bardzo jej przypadł do gustu), Paweł upewnia się, czy nie będzie „Babci Jadzi”, a Adaś? Tutaj to ja mam nadzieję, że nie zaśnie i jakoś zareaguje na spektakl. A jeśli znów nie będzie reakcji? Cóż, pocieszam się myślą, że przecież nie wiemy, jakie myśli i uczucia kłębią się w tej rudej główce i skoro nie wiem, to równie dobrze mogę założyć, że Adasiowi podobają się te wyjścia, tylko nie umie nam tego okazać (a że niewątpliwie potrafi okazać, co mu się nie podoba, to przynajmniej tego się nie obawiam).

 A poza tym – to tak przyjemnie móc wreszcie wyjść razem, całą rodziną. Móc wspólnie wybrać się do teatru, a potem na rurki z kremem, nie zabierając – jak kiedyś – całego osprzętu w postaci koncentratora tlenu, ssaka, sond, worka ambu i pulsoksymetru. Wrzucić do torby tylko chusteczki i pampersy, posadzić Adasia na wózku, maluchy wziąć za rączki i ruszyć z całą trójką, aby odkrywać piękno świata.


"Czemu nie mogę jeszcze raz???"


Ala wciąż niepocieszona i Śpiący Królewicz




sobota, 8 listopada 2014

Domki z kart


Macie czasem ochotę zmienić swoje życie? Ale tak zupełnie, o 180 stopni?
Zostawić pracę, sprzedać dom i dobytek, sprzedać miejskie auta, garnitury, garsonki i szpilki.
Kupić dom na zboczu góry albo w środku lasu, terenówkę i kalosze. I żyć z hodowli kóz na przykład ;)

Mieć mniej rzeczy, ale więcej czasu. Być, a nie mieć. Zza okna spoglądać na łąki i lasy, a nie na dachy okolicznych domów. Słyszeć ciszę lub śpiew ptaków, a nie silniki samochodów lub radio z ogródka sąsiada. Móc ubrać dzieci, wziąć psy i wyjść na spacer, na którym cała gromada mogłaby po prostu biegać swobodnie, a nie iść za rączkę lub na smyczy (to psy, nie dzieci, oczywiście ;)), wyłącznie po chodniku, z wiecznie zestresowaną matką (bo psy szczekają i przeszkadzają innym, dzieci mogą wybiec na ulicę, pies ciągnie, wózek nie mieści się na wąskim chodniku, a ja nie daję już rady itd. itd. itd.). Iść do lasu nie martwiąc się tym, że las usłany jest śmieciami, zużytymi pampersami i ludzkimi odchodami, które stanowią zbyt wielką pokusę dla moich psów. W nocy widzieć gwiazdy, a nie światło latarni. Żyć według pór roku, a nie według dyktanda terminarza. Odwiedzać przyjaciół, kiedy mamy potrzebę, a nie tylko wtedy, kiedy mamy czas. Słuchać swoich marzeń, a nie swoich lęków. 

Tak sobie czasem o tym marzę. Ale zaraz dopada mnie milion "niedasiów". Bo co z rehabilitacją Adasia? Co jeśli pogorszy się jego stan i karetka, zamiast jechać kilka minut, utknie na tym wymarzonym zboczu góry? Co z przedszkolem dla dzieci? A co ze szkołą potem? Z nauką języków, rozwijaniem zainteresowań? A z czego żyć? Czy dochodu z tych kóz albo z jakiejś agroturystyki wystarczy na ogromne potrzeby Adasia? 

I pod wpływem tych "niedasiów" za każdym razem porzucam te marzenia. I za każdym razem wracam do nich w chwilach zmęczenia światem i ludźmi; w chwilach, w których uświadamiam sobie, że przez codzienny pęd i życie w biegu znów nie wiem, jaki mamy obecnie miesiąc; w chwilach, w którym kolejne Święta mijają bez przygotowania, opędzone tylko tym, co niezbędne; w chwilach, gdy znów czytam artykuł o kimś, komu się taka ucieczka udała.

A potem myślę, że spokój przecież jest w nas, a nie w okolicznościach. Że dlatego przecież przeprowadziliśmy się z Warszawy do Słupska, żeby żyć spokojniej. A tymczasem okazuje się, że i w małym mieście zrobiliśmy z życia rozpędzony kołowrotek. Dopóki nie zmienimy siebie, to pewnie nawet wśród tych kóz żylibyśmy szybko i nieprzytomnie. 

Da się dziś żyć wolno i spokojnie, w mieście, pracując i wychowując dzieci? Znacie kogoś, komu się udało?




piątek, 7 listopada 2014

Bieszczady


Kiedyś spotkałam się z twierdzeniem, że mamy są najbardziej zorganizowanymi i sprawnymi logistycznie pracownikami, bo doskonałe szkolenie w tym zakresie zapewniają im dzieci.
To twierdzenie sprawdza się i u nas, z rozszerzeniem na tatę oczywiście.
Kto zawiaduje organizacją taką, jak rodzina mniej lub bardziej wielodzietna, ten wie, co mówię.

A jak jest u nas?
Do ogarnięcia mamy:
- Pawełek z jego przedszkolem. Przywózka około 8.00, wywózka przed 15-tą.
- potem Alutek i jej drzemeczki - córa musi znaleźć się w domu przed 12-tą i uziemia jednostkę rodzicielską do około 15-tej. O czasie potrzebnym na aranżowanie atrakcji odpowiednich dla wszechstronnego rozwoju niespełna dwuletniej pannicy nie wspomnę.
- dalej Adaś i jego rehabilitacja, kawałkująca nam dni na nie pasujące do niczego odcinki - w poniedziałki od 9.00 do 11.00, we wtorki od 9.00 do 11.00 i od 13.00 do 14.00, w środy od 11.00 do 14.00 i od 17.00 do 18.00, w czwartki od 9.00 do 10.00 i od 17.00 do 18.00 i w piątki od 9.00 do 10.00 i od 13.00 do 14.00
- no a że żyć z czegoś trzeba to do tego jeszcze w sumie trzy w miarę stałe prace (jedna ja, dwie mąż), z czego dwie nieregularne (co z jednej strony jest fajne, bo pozwala na elastyczność, a z drugiej nieustanie wymaga gimnastyki logistycznej) plus czasowe zlecenia. Dodatkowe utrudnienie jest takie, że czasem dzielimy miejsce pracy, więc czynić musimy dodatkowe ustalenia, aby nie wchodzić sobie wzajemnie w paradę.
- i last but not least wieczne wyrzuty sumienia, czy nie za mało czasu poświęcamy dzieciom, co powoduje nieustanne kreślenia godzin pracy w kalendarzu (a w konsekwencji rosnący debet na koncie).
O psach, kotach, domu, czy tzw. "czasie dla siebie" nawet nie piszę.

Całe szczęście, że mamy do pomocy zmotoryzowaną i przeszkoloną medycznie nianię, która jest w stanie ogarnąć czasem część kwestii Adasiowej, a czasem Alusiowej.

Kalendarze, terminarze, ciągłe smsy i telefony w celach logistycznych rządzą naszym życiem. A i tak w szale dbania o przysłowiową sytość wilka i całość owcy zdarzają nam się takie kwiatki, jak ostatnio...

Poniedziałek. Siedzę w pracy, pewna i spokojna, bo skrajne dzieci (Ala i Adaś znaczy) pod troskliwą opieką niani, Adasiowe rehabilitacje na dany dzień odhaczone, a Pawełek w przedszkolu. A tu nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na mnie świadomość, że coś tu się nie zgadza, bo pracę sobie rozpisałam do 18-tej,  z nianią jestem umówiona do 15-tej, Pawła przedszkole otwarte do 16.30 (a poza tym nie uprzedziliśmy go, że miałby zostać dłużej, niż do codziennego "po zupce"), a mąż "ustawowo" w pracy do 18-tej. Zatchnęło mnie całkowicie i na chwilę straciłam grunt pod nogami, a potem... cóż, złapałam za telefon i zaczęłam szukać ratunku. Tym razem pomocną dłoń podał brat.

Takie sytuacje zdarzają się nam coraz częściej. Ciągła gonitwa pod dyktando kalendarza, niemożność zrobienia jednego kroku bez uzgodnienia go z co najmniej kilkoma innymi kalendarzami. I gdy wieczorem wreszcie odkładam kalendarz, przypomina mi się stary dowcip (wydźwięk teoretycznie polityczny, ale dla mnie ma też inny, czasowo-gonitwowy wymiar):

Profesor egzaminuje studentkę.
- Która partia rządzi obecnie?
- Nie wiem - odpowiada studentka. Profesor lekko się zdziwił, bo pytanie łatwe, ale że ma dobry dzień to pyta dalej:
- A kto jest obecnie premierem Polski?
- Nie wiem - odpowiada studentka. Profesor coraz bardziej zdziwiony, ale nie chce oblać dziewczyny, więc pyta dalej:
- A kto jest prezydentem Polski?
- Nie wiem - odpowiada studentka. Profesor już się zdenerwował:
- Jak można tego nie wiedzieć?!? Przecież to podstawowa wiedza!!! Skąd pani w ogóle jest???
- Z Bieszczad - odpowiada studentka. Profesor zamilkł. Patrzy na studentkę i patrzy, a po chwili mówi do siebie:
- Ech, a może by rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady...?



To jak? Kto jedzie z nami? :)))


sobota, 14 czerwca 2014

Koty-Kłopoty i cała reszta

Nie mamy umiaru. Nigdy zresztą w tej kwestii nie mieliśmy. Mąż wychował się na wsi, więc zwierząt było pod dostatkiem, a z kolei przez mój dom, za przyzwoleniem bardzo liberalnych i prozwierzęcych rodziców, przewinęły się tabuny psów, chomiki, gołębie, które wypadły z gniazda, myszki, papużki, a nawet jeden zając, wykupiony za resztki kieszonkowego przeze mnie i brata z rąk handlarza na targowisku. Handlarz zacierając ręce zarzekał się, że własnoręcznie potrącił go samochodem i że trzeba go tylko dobić i pyszny pasztecik niemal gotowy. Zając oczywiście nie został dobity, otrzymał imię Zaliczka (tak, byłam wówczas na etapie Pana Samochodzika), ciepły kąt, wikt i opiekę medyczną. Skłoniliśmy nawet chirurga szczękowego do odbycia wizyty domowej i zadrutowania mu połamanej szczęki. Niestety, uszkodzenia powypadkowe okazały się zbyt rozległe i Zaliczka po niedługim czasie odeszła do Zajączkowego Nieba. 

Ale przygarnianie wszystkiego, co żywe i potrzebujące, jakoś nam się utrwaliło i ilość zwierząt w naszej rodzinie przekracza wszelkie normy zakreślone przez zdrowy rozsądek. Moja mama w związku z tym posiada dwa psy i dwie papużki, mój brat ma obecnie jednego psa (drugiego niedawno pożegnali), dwa króliki (kupione jako zaczątek hodowli, ale pokochane i awansowane na domowników, co przekreśliło plany hodowlane) i schroniskowego kota. Teściowie mają psa i dwa koty. A my jeszcze tydzień temu posiadaliśmy dwa psy, znanego Wam już kota i rybki. Wyobraźcie sobie w tym momencie rodzinny wyjazd na wakacje!!! 90% wynajmujących kwatery rzuca słuchawką w panice, usłyszawszy skład osobowy. I nawet im się nie dziwię. Też bym chyba rzuciła, gdybym usłyszała, że poza ludźmi kwatery szuka sześć psów i cztery koty (papugi, rybki i króliki na ogół z nami nie jeżdżą).

No dobrze, a co się wydarzyło tydzień temu? Siedzę ja sobie spokojnie w pracy, gdy nagle dostaję od męża smsa o treści „Mamy nowego kota”. Oblał mnie zimny pot i tchu mi zabrakło. Jak to?? Kolejnego??? Okazało się, że Sara, jedna z naszych psic, znalazła kociaka. Sara bardzo dziwnie się zachowywała. Tak długo podbiegała do każdego, kto akurat wyszedł przed dom, po czym w te pędy biegła pod jeden z krzaków, stała tam i szczekała, aż wreszcie ktoś się tym zainteresował. A pod krzakiem, w naszym osobistym ogrodzie, siedział malutki kotek. Przerażony, zmoknięty i drżący. Cóż było robić? Został zabrany do domu, ogrzany i nakarmiony. Mąż w te pędy zabrał go też do weterynarza, bo wiadomo, małe dzieci w domu. Okazało się, że kotek jest płci męskiej, ma około 2, 5 miesiąca, jest dość zadbany, zdrowy i na pewno domowy. Jako że nie byliśmy zbyt zachwyceni kolejnym domownikiem, otrzymał miano Kotek-Kłopotek. 

Kłopotek zaraz po znalezieniu

Mimo że mój mąż uparcie twierdził, że kotek został nam podrzucony, istniało ryzyko, że Kłopotek się po prostu komuś zgubił. Rozwiesiliśmy więc w okolicy oraz na portalu z ogłoszeniami anonse o jego znalezieniu. Zadzwoniłam też z taką informacją do schroniska, gdzie uzyskałam też poradę, że „jak się nikt nie zgłosi, to niech go pani wypuści, kot to zwierzę wolnożyjące”. Pewnie się bali, że będę chciała odwieźć go do nich, ale przyznam, że trochę mnie oburzyło takie podejście schroniska. Ciekawe, czy wypuszczają wszystkie te zwierzęta, które się do nich przywozi…

Jak na razie nikt się po Kłopotka nie zgłosił, zatem wygląda na to, że mąż miał rację. Kłopotek i Minnie zapałali do siebie ogromną miłością, więc mimo że początkowo planowaliśmy mu znaleźć dom, to wygląda na to, że mały już ten dom znalazł.



Co nas trochę przekonuje, to fakt, że Kłopotek jest dużo bardziej tolerancyjny na pieszczoty niż Minnie, więc może on da się nakłonić do Adasiowej kototerapii ;)

Kłopotek śpi w łóżeczku Adasia

A poza tym u nas spokój. Adaś jest zdrowy, z napadami nie jest najgorzej, kanał PEGa się rzeczywiście uszczelnił, choć nadal się trochę „paprze”. Wypróbowaliśmy już ogromną ilość opatrunków, jednak żaden nie przebija Kendalla. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy tak aktywnie włączyli się do ich poszukiwań. Wypróbowujemy teraz też maść Ilex. Laurce pomogła, więc może i u Adasia się sprawdzi.

Dzięki wsparciu mojej mamy kupiliśmy też Adasiowi nowy wózek i fotelik. Zamierzaliśmy wykorzystać na to dofinansowanie z NFZ, które od tego roku zostało znacznie zwiększone (do 3 tysięcy z chyba 800 zł), ale niestety wózki, które dobrze stabilizują Adasia, mają ceny rzędu około 15-16 tysięcy. Dopłacić jakieś 12 tysięcy, nawet gdyby PCPR część dorzucił, to i tak dla nas za dużo. Moglibyśmy, co prawda, ubiegać się o dofinansowanie z jakiejś fundacji, ale po pierwsze, będziemy chcieli wykorzystać tę opcję na fotelik  samochodowy, który też już woła o wymianę, a po drugie, przypadkiem znalazłam na tablicy poszukiwany przez nas i niemal nieużywany wózek i fotelik w bardzo dobrej cenie (2,5 tysiąca za obydwa sprzęty). Zakupiliśmy je zatem i Adaś jest obecnie szczęśliwym właścicielem wózka Ormesa New Bug i fotelika R82 Panda Futura. 

Jesteśmy nimi zachwyceni. Wózek go po prostu świetnie stabilizuje, ma podnóżek wyżej podnoszony niż Kimba, więc wreszcie Adasiowe nóżki do niego sięgają, ma też bardzo wygodnie regulowane wszystkie nachylenia. Ma oczywiście też swoje wady – bardzo się trzęsie na nierównej powierzchni. Pewnie więc będziemy wymieniać koła lane na dmuchane, może to trochę zamortyzuje.

Fotelik R82 też nam się bardzo podoba. Podnóżek się w nim reguluje jeszcze lepiej niż w Ormesie, bo również pod różnymi kątami, ma też regulowane podłokietniki. Ale to, co najbardziej nam się podoba, to podstawa pokojowa opuszczana do poziomu samej podłogi, dzięki czemu możemy bardziej włączać Adasia w zabawy podłogowe z rodzeństwem. Drugą świetną rzeczą jest tzw. Centrum Aktywności, czyli specjalny pałąk, do którego na wysokości oczu mocuje się zabawki i obrazki. Takich zwykłych pałąków do tej pory kupiłam osiem i żadnego nie udało się dobrze dopasować do poprzedniego wózko-fotelika, więc bardzo się cieszę, że w tym jest już takie rozwiązanie w oryginale. No i kolejna cudna rzecz – duże koła i uchwyt do prowadzenia, co doceni tylko ten, kto choć raz próbował przejeżdżać Kimbą na podstawie pokojowej bez uchwytu i z małymi kółeczkami po progach, dywanach i chodniczkach. Natomiast wadą tego fotelika jest nieregulowane i trochę za duże siedzisko, ale rozwiązaliśmy ten problem za pomocą zwykłej wkładki redukcyjnej do fotelika samochodowego, z której wyrósł już Paweł. Mam nadzieję, że sprzęty się sprawdzą i będą Adasiowi dłuuuugo służyć.

Zbliża się Dzień Ojca, zakończyła się też facebookowa akcja Pomagamy Poli, promująca wspaniałych ojców niezwykłych dzieci. Jeśli chcecie zobaczyć, jak można zmieścić ogrom miłości w zaledwie czterech minutach, to obejrzyjcie. Nasze chłopaki też tam oczywiście są – w 2:19 minucie :)



Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę Wam wspaniałego weekendu!


poniedziałek, 5 maja 2014

Wiosenna aktualizacja

Dawno nas nie było. Aż się sama zdumiałam, gdy zobaczyłam datę ostatniego wpisu. Na swoje usprawiedliwienie mam obracające się wciąż koło przeziębień i chorób różnorakich – a troje zasmarkanych maluchów plus mąż na antybiotyku plus moje choróbsko plus praca moja plus praca męża (bo prace mamy takie, że jak nie pracujesz, to nie zarabiasz, więc wszelkie zwolnienia to jak najrzadziej) plus jakieś wiosenne osłabienio-rozleniwienie – taka mieszanka odstraszy od pisania najwytrwalszych. Ale już wracam i aktualizuję informacje.

W kwestii PEGa dała znać o sobie zasada, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poradnia Żywienia jednak się odezwała. Nie dysponowali, co prawda, zapasowymi zatyczkami do naszego PEGa, ale zaoferowali nam zatyczki od innego, które powinny pasować. „Na domiar dobrego” okazało się, że nie musimy jechać po nie do Gdańska (a mąż już się szykował na pięć godzin sam na sam z autem i audiobookiem, a tu figa, trzeba było grzecznie wrócić do domu i dzieci niańczyć ;)), ponieważ akurat była na wizycie zaprzyjaźniona mama z Bytowa, która zatyczki dla nas odebrała i przekazała w dalszą podróż do Słupska (Iwonko, Aniu, dziękujemy!). Zatyczki pasują jak ulał. A ponieważ jest to zatyczka od innego PEGa, to wreszcie pasują do niej zwykłe strzykawki – jupiii!

Worek z dobrymi wydarzeniami się po prostu rozwiązał. Kilka dni potem przyszła dłuuuugo oczekiwana dostawa z Poradni Żywienia – z tą dietą, która Adasiowi służy najlepiej i z jeszcze jedną do wypróbowania.

Dostałam też maila od jednej z zaprzyjaźnionych Mam, że istnieje taki sprytny przyrządzik, jak łącznik do PEGa. Podłącza się go na stałe do zatyczki PEGa, a przy karmieniu otwiera się i zamyka zatyczkę łącznika, a nie PEGa. Dzięki temu wyrabia się zatyczka łącznika, który bez problemu można potem wymienić. Ja ten pomysł kupuję!

W międzyczasie skończył się Adasiowi pierwszy cykl aminokwasów. Trochę za późno poinformowaliśmy o tym Pragę i niestety zaowocowało to dwutygodniową przerwą w przyjmowaniu preparatów. I znów nie ma tego złego, co by na dobre itd., bo z całą jasnością zobaczyliśmy, że aminokwasy jednak działają. Przez pierwszy tydzień przerwy jeszcze nic się nie działo, ale w następnym już zaczęła wracać znienawidzona padaczka. Na szczęście, gdy wróciliśmy do podawania aminokwasów, ilość napadów znów zaczęła maleć. Na tej fali próbowaliśmy odstawić zioła, ale też było gorzej. Wygląda więc na to, że na Adasiową padaczkę działa zgrany team Amino & Klimuszko.

Co jeszcze? Środki na następną turę aminokwasów sprezentowały Adasiowi moje przyjaciółki, Ania i Sylwia. Dziewczyny, jesteście wspaniałe!

Dzieciaki nam rosną, jak na drożdżach. Mały Alutek, który niedawno tylko jednym bystrym oczkiem zerkał z becika, teraz goni się wraz z Pawełkiem po całym domu, wdrapuje się na huśtawki, zjeżdżalnie i parapety, tańczy do każdej muzyki (a jak nic akurat nie gra, to przygrywa sobie do tańca na organkach) i z frajdą na buzi skacze na trampolinie - a ma dopiero 15 miesięcy!!! Pawełek, dzięki pracy cioci Sylwii, logopedki, rozgadał się ostatnio tak, że buzia mu się nie zamyka. Nawet służy swojej młodszej siostrze za tłumacza ;) Jest taki samodzielny i mądry – nauczył się nie wiadomo kiedy liczyć do sześciu, a przy okazji zajęć z ciocią Sylwią nauczył się czytać samogłoski. A we wrześniu wybiera się do przedszkola – aż nie mogę uwierzyć w to, że mam już tak dużego syna!


Ulubiony sposób podróży Pawełka i Ali, czyli razem raźniej

Nasza kotka coraz bardziej się oswaja, aczkolwiek do felinoterapeuty sporo jej brakuje. Całe życie miałam prawie wyłącznie psy, też czasem pracuję z psem i jestem chyba przyzwyczajona do innego typu relacji ze zwierzęciem. Minnie czasem mnie posłucha, częściej jednak nie słyszy moich poleceń i nie zawsze smakołyczek trzymany w ręce to zmienia. Ale nauczyłam ją już komendy „siad”, więc może nie wszystko stracone ;) Generalnie jednak Minia, jak to kot, szanuje swoją przestrzeń życiową i nie ma możliwości, aby skłonić ją do zrobienia tego, na co akurat nie ma ochoty. Całe szczęście, że czasem sama ma ochotę poprzytulać się do Adasia lub pobawić z dziećmi.






Przymierzamy się do zmiany Adasiowego wózko-fotelika, bo nasza Kimba była chyba z dziesiątej ręki i już zaczyna wielkim głosem wołać o emeryturę. Będziemy się starać o dofinansowanie z jakiejś fundacji, bo koszt jak zwykle astronomiczny. Powoli myślimy też o dostosowaniu domu do potrzeb Adasia, bo dzięki PEGowi zaczyna już sporo ważyć i zaczynamy odczuwać wkładanie i wyjmowanie go z wanny i noszenie po schodach. A jakoś przywiązaliśmy się przez te trzydzieści kilka lat do naszych kręgosłupów i chcielibyśmy jeszcze trochę się nimi nacieszyć ;)


Adasiek biedny, źle się czuje. Męczy go przeziębienie i infekcja gardła. Mamy nadzieję, że uda mu się zwalczyć chorobę bez antybiotyku, ale kto wie. Mnie już dziś znów boli gardło, więc pewnie choróbsko ponownie zatoczyło krąg (ode mnie się zaczęło). Ech, kiedy to się skończy… Zatem majowo zdrowia Wam życzę, no i pogody majowej, bo u nas z nią tak nie bardzo…

czwartek, 13 marca 2014

Kwiaty przy drodze

Wczoraj usłyszałam taką przypowieść:

*
Pewna stara chińska kobieta miała dwa wielkie dzbany na wodę i nosiła je na drążkach powieszonych na ramionach. Jeden z dzbanów miał pęknięcie, natomiast drugi był bez wady i zawsze utrzymał pełną porcję wody. Po długiej drodze od rzeki do domu starej kobiety jeden z dzbanów był zawsze do połowy pusty. To trwało całe dwa lata a stara kobieta przynosiła do domu zawsze tylko jeden dzban pełen wody.
Dobry dzban był oczywiście zawsze dumny ze swojego wyczynu. Biedny pęknięty dzban za swoją wadę bardzo się wstydził i bardzo go to trapiło, że potrafił wykonać tylko połowę tego, do czego był przeznaczony.
Po dwu latach, które wydawały mu się straszne, rzekł do kobiety:
„Bardzo się wstydzę za swoje pęknięcie, gdyż z niego wycieka woda po całej drodze do twojego domu“.
Stara kobieta uśmiechnęła się. „Nie zauważyłeś, że na twojej stronie drogi kwitną kwiaty a na drugiej stronie nie?
Zasiałam na twojej stronie nasionka, gdyż wiedziałam o twoim pęknięciu i w ten sposób za każdym razem, gdy wracamy do domu, podlewałeś je. Przez całe dwa lata mogłam zrywać te piękne kwiaty i przyozdabiać nimi stół. Gdybyś nie był takim, to piękno by nie istniało i nie zdobiło naszego domu”.*

 *

I tak, w kontekście tej przypowieści, pomyślałam o moim niedoskonałym synku, tak bardzo przypominającym taki pęknięty dzban. Ktoś mógłby uznać, że do niczego się nie nadaje, że trzeba by go wyrzucić na śmietnik i kupić nowy. A przecież, dokładnie jak w przypowieści, tyle pięknych kwiatów zawdzięczam właśnie Adasiowej niedoskonałości.

Najpiękniejszym kwiatem, który zawdzięczamy Adasiowej chorobie, jest nasz cudowny Pawełek. Co prawda, w naszych planach życiowych adopcja się pojawiała – ale zarówno moi rodzice, jak i teściowie również mieli takie plany, a życie je zweryfikowało. Możliwe, że i u nas by tak się skończyło – a na pewno nie zdecydowalibyśmy się na adopcję tak szybko, a więc ten konkretny Pawełek nie byłby nasz (aż boję się o tym pomyśleć!).

Dzięki Adasiowi zaczęłam w ogóle pisać blog, przez co poznałam tak wiele niesamowitych, niezwykle wartościowych osób. Czy – gdyby Adaś był zdrowy – poznałabym Laurę, Krzysia, Ignasia i tak wiele innych wspaniałych dzieci i ich rodziców? O ile uboższe byłoby moje życie bez tych wirtualnych i nie tylko wirtualnych przyjaźni?

Czy bez Adasiowej niepełnosprawności miałabym szanse poznać tak wielu dobrych ludzi? Czy widziałabym na własnym przykładzie, że ludzie naprawdę chcą czynić dobro i tylko szukają takiej możliwości?

Bez Adasiowej choroby nie mogłabym poznać tak licznych wspaniałych, zaangażowanych lekarzy i pielęgniarki. To dzięki niej mogę czerpać z nich dobro, życzliwość i mądrość i brać z nich przykład.

Nasz synek zmienił też zupełnie moje życie zawodowe. Wymusił rezygnację z etatu. Nadał mojej pracy zupełnie nową wartość, zupełnie inne spojrzenie na chore dzieci i ich rodziców, zupełnie inne rozumienie tego, co dzieje się w ich sercach.

Dzięki naszemu synkowi – i moim przyjaciołom oczywiście - powstał coraz prężniej działający ośrodek terapeutyczny dla dzieci, w którym z terapii korzysta już prawie setka dzieciaków.

Adaś przewartościował też nasze spojrzenie na życie. Sprowadził codzienne kłopoty do właściwej dla nich rangi, nauczył nas doceniać rzeczy małe i cieszyć się z każdej chwili.


Tych „kwiatów przy drodze” jest na pewno więcej. I na pewno jeszcze nie jeden na niej zakwitnie. Mogę więc tylko powiedzieć: „Dziękuję, Synku. Dziękuję za Twoją niedoskonałość”. Widzę Sens.


*treść przypowieści skopiowałam ze strony: http://mojajoga.wordpress.com/2011/06/23/przypowiesc-o-peknietym-dzbanie/

piątek, 7 lutego 2014

Aaa kotki dwa...

Ostatnio przez tydzień gościli u nas „dziadkowie warszawscy”. Przywieźli z sobą nowych członków rodziny – dwa przytulaste kociaki, czarną Psotkę i rudego Urwisa. No i się zaczęło. Młodsza dwójka zakochała się w nich od pierwszego wejrzenia. Pawełek zresztą od zawsze był miłośnikiem kotków, ulubione trasy spacerowe to te obfitujące w „kocie przystanki”. Teraz po prostu oszalał z miłości. Okrzyki „Toty, toty!” (=koty) zaczynały się od bladego świtu, a kończyły późnym wieczorem. Dzieci niemal nie było – całymi dniami przesiadywały z dziadkami  w ich pokoju, głaszcząc kotki, bawiąc się z nimi lub po prostu na nie patrząc.

Któregoś wieczoru położyliśmy też kotka na kolanach Adasia i zaczęliśmy go głaskać Adasiową rączką. Ku naszemu ogromnemu zdumieniu Adaś jakby specjalnie rozluźniał rączkę, wyraźnie się ożywił, a nawet kilka razy się uśmiechnął! Urządziliśmy takie sesje głaskaniowe sesje kilka razy i za każdym razem Adaś bardzo pozytywnie reagował na kotka.

Po Alutkowych urodzinach dziadkowie wraz z kotkami wyjechali z powrotem do Warszawy, a my zostaliśmy z zagwozdką. W marzeniach już widzę słodkiego, puszystego kotka, leżącego obok Adasia w jego łóżeczku i Adasia głaszczącego go i uśmiechającego się. A rzeczywistość? W naszym domu poza nami i trojgiem małych dzieci mieszkają jeszcze dwa duże psy i rybki. Tuż obok, również jako część rodziny, kolejne dwa psy i papużki. I jak tu wprowadzić w ten cały ekosystem brakujące ogniwo łańcucha pokarmowego? Jak ochronić wpół oswojone okoliczne ptaszki, które zlatują z całej okolicy do trzech karmników rozlokowanych w naszym ogrodzie i które nauczyły się już, że nasze psy i dzieci nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia? Jak wśród natłoku codziennych obowiązków – dzieci, Adaś, rehabilitacje, wyjazdy na wizyty lekarskie, dom, psy, praca męża i moja – znaleźć czas dla jeszcze jednego domownika? Jak przyzwyczaić do niego cztery psy? W dodatku moja przyjaciółka, która zajmuje się m.in. felinoterapią, poleca nam (jeśli już musimy wziąć kota) raczej kota rasowego, który z większym prawdopodobieństwem będzie prospołeczny, rodzinny, mniej chętny do polowania na ptaszki i będzie umiał dogadać się z psami. Tylko że kot takiej rasy po pierwsze kosztuje, a po drugiej jest wielki jak pół tygrysa. Jak tu takiego położyć z Adasiem w łóżeczku?

Myślę i myślę, przeglądam fora kociarzy i nie umiem podjąć żadnej decyzji. Mąż skapitulował pod wpływem błagalnego Pawełkowego „Taatooo, totaaa!” wzbogaconego miną (nomen omen) kota ze Shreka i ostateczną decyzję pozostawił mi. No i co teraz?




A w ramach PS-u anegdotka. Przed przyjazdem dziadkowie obiecali Pawełkowi, że jak przyjadą, przywiozą z sobą kotki i "bułę" (ukochany przysmak moich dzieci) dla Pawełka.
Po Alutkowym roczku dziadkowie odjeżdżali z samego rana. Budzę więc dzieci, aby zdążyły się z dziadkami pożegnać. Pawełek półprzytomny siada na łóżeczku i jeszcze nie bardzo wie, co do niego mówię.
- Pawełku – powtarzam więc. – Zejdź na dół, bo pewnie chcesz jeszcze pobyć z babcią i dziadkiem, a oni niedługo będą wyjeżdżać.
- Domu? – pyta Pawełek.
- Tak, do domu. – potwierdzam.
- A toty?
- Jadą z nimi.
- A buła? – z niepokojem pyta Pabliś.
- Buła zostaje. – ukryłam uśmiech. 
Na to Pablo uspokajająco:
- Zjeemy.


niedziela, 2 lutego 2014

To już rok!!!

Nie mogę uwierzyć, że od narodzin Alutki minął już rok. Jeszcze tak niedawno była bezradnym niemowlaczkiem, domagającym się nieustannego noszenia na rękach. A dzisiaj mamy w domu brzdąca biegającego z prędkością światła, gadającego ile wlezie, kokietującego wszystkich wokół i mającego najbardziej zaraźliwy uśmiech świata. Alutek ma już swoje zdanie, o które walczy z całych sił i zdecydowanie bezradnego niemowlaczka nie przypomina.

Urodzinki udały się wyśmienicie. Dzień był przepiękny, niemal wiosenny. Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały w ogrodzie, a śnieg topniał. Od rana krzątaliśmy się wszyscy, przygotowując potrawy i dom na przyjęcie.
Ponieważ pierwszy rok życia Alutki upłynął pod hasłem ukochanego kocyka w truskaweczki, zatem truskawki były motywem przewodnim przyjęcia. Ściany zdobiły czerwone balony przerobione na truskawki za pomocą markera i zielonej bibułki (Ala chodziła wokół nich zachwycona i zadzierając główkę wciąż powtarzała: „Mamo, baloo (=balon)”), torcik był w kształcie truskawki, piniata również. Truskawki gościły nawet na serwetkach i na Alusiowej opasce do włosów.

Przygotowując menu bardzo zważałam na to, aby wszystko było dostosowane do możliwości żywieniowych dostojnej Jubilatki. Było więc mnóstwo suszonych owoców, mini-kanapeczki z pieczoną w domu szynką i pomidorami bez skórki, owoce, marchewkowe ciasteczka, sałatka z gotowanych warzyw z robionym w domu majonezem, a do picia sok malinowy robiony przez „warszawską Babcię” z jej własnych malinek. Nie mogło też zabraknąć ukochanego Alusiowego spaghetti z sosem z przecieru (także autorstwa „warszawskiej Babci” z ogródkowych pomidorów).

Największy problem miałam z tortem, ponieważ Ala nie toleruje jeszcze krowiego mleka i mlecznych wyrobów. Ale od czego Internet. Znalazłam przepis na krem tortowy bez mleka i pełna nadziei przyrządziłam go. Internet ma to do siebie, że jest w nim mnóstwo wspaniałych przepisów – ale równie dużo tych zupełnie do niczego. Wynaleziony przeze mnie przepis na bezmleczny krem był z tej drugiej kategorii (choć niewykluczone, że zawiodło wykonawstwo). Było już po drugiej, goście zaproszeni na szesnastą, a krem zupełnie nie chce zgęstnieć i przypomina konsystencją (i smakiem niestety też) krochmal. Groźba pierwszych urodzin bez tortu zawisła nad moją córeczką (swoją drogą, nie ma szczęścia do tortów ta nasza Alutka– na chrzciny przecież w ogóle zapomnieliśmy zamówić tort). Na szczęście, moja mama w tym momencie wpadła na genialny pomysł zrobienia klasycznego budyniowego kremu tortowego… na Bebilonie! Byliśmy trochę sceptyczni wobec tego pomysłu, ale w sumie nie mieliśmy już nic do stracenia.


Ku naszemu ogromnemu zdumieniu, krem wyszedł po prostu znakomity!!! Potrawy „dziecioprzyjazne” również wszystkim smakowały, a ja rozkoszowałam się pierwszym przyjęciem, podczas którego nie musiałam strzec stołu niczym Cerber i nieustannie wołać do dzieci: „Tamtego nie, tego nie wolno, to nie dla dzieci!”.

Alicja (prawie) sama zdmuchnęła świeczkę na torcie (a po niej oczywiście Pawełek i cała kolejka pozostałych dzieciaków), dostała wspaniałe prezenty (wszystkie dzieci też dostały po Prezenciku-Pocieszycielu), zainicjowała rozbijanie piniaty-truskawki i tradycyjnie stanęła przed wyborem: książka, pieniądze, różaniec czy kieliszek. My z mężem trzymaliśmy kciuki za książkę, ewentualnie pieniądze. A co wybrała nasza najmłodsza? Zobaczcie. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki, aby to znaczyło, że zostanie terapeutką uzależnień albo świetnie zarabiającym kiperem ;)




A tytułem podsumowania rocznego:

Ilość zębów: 4
Długość włosów: zdecydowanie niewystarczająca
Ilość uroku osobistego: przekraczająca wszelkie dopuszczalne normy
Ukochany przedmiot: kocyk w truskaweczki
Ukochane potrawy: makaron i buła



Ukochana bajka: „Masza i niedźwiedź” - głównie czołówka ;)
Ulubiony sport: wspinaczka wysokostolikowa z wariacją wysokoschodową


Aktualnie ćwiczona umiejętność: jazda na jeździku czterokołowym oraz jedzenie łyżką i widelcem
Aktualny zasób słownikowy: 
mama, tata, baba, Ada (=Adaś), Pao (=Pablo), he-he (=piesek), muu (krówka), mee (owca lub koza), be, balo (=balon), bała (=bałwan), alo (=telefon), lala, buła (bułka oraz wszelkie inne produkty spożywcze), Ala, brum, auto, nie, bawo (=brawo), pa!, do it-do it-do it! (= idę broić), bach! (=upadłam)
Aktualnie wypowiadane „zdania”:
Ada khe khe! (Adaś kaszle)
Mama, be! (Mamo, proszę zmienić mi pampersa)
Pierwszy sms w życiu:
do taty z telefonu mamy – o treści najwyraźniej politycznej:



Miejsce w rankingu na najwspanialsze dziecko świata:
I –sze (ex aequo z Pawełkiem i Adasiem)

I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno nie było jej wcale – a mimo to świat istniał!



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świąteczne życzenia

Jest cicho. Choinka płonie. 
Na szczycie cherubin fruwa. 
Na oknach pelargonie, 
blask świeczek złotem zasnuwa, 
a z kąta, z ust brata płynie 
kolęda na okarynie: 
Lulajże, Jezuniu... 
[K.I.Gałczyński]


Uwielbiam te Święta. Całą ich nastrojową oprawę, bycie razem, śmiech z nutką zadumy i tęsknoty, serca otwarte dla innych… Czas refleksji, zatrzymania się na chwilę w biegu, po to, by spojrzeć na wyznaczony sobie przed laty drogowskaz – czy idę w dobrym kierunku? Czy nie dałam się zniechęcić przeszkodom lub zwieść skrótom? Czy zmierzam tam, dokąd chciałam dojść?

Choinka, jak co roku, obwieszona milionem bombek, a wśród nich kilka szczególnych ozdób „z tradycjami”: są na niej bombki z choinek z dziecięcych lat moich rodziców; mały gumowy Papa Smerf, którego nasz tata dostał któregoś razu pod choinkę ode mnie i mojego brata, po czym zgodnie z naszymi przewidywaniami na parę minut oniemiał z zachwytu (jak mniemam); ocalałe pół metra papierowego łańcucha, który zrobiliśmy z bratem w zamierzchłych czasach przedszkolnych, obecnie dzięki Pawełkowi przedłużone o kilka centymetrów; szydełkowy aniołek, którego dostałam od licealnej przyjaciółki; papierowy żuraw, którego zrobił dla mnie z serwetki mój mąż, wtedy jeszcze tylko kolega, na naszej pierwszej kawie… 

Nasza choinka, zabezpieczona przed ciekawskimi łapkami ;)

I tak sobie myślę, że kiedyś te wszystkie ozdoby wraz z ich historiami przejmą moje dzieci. Chciałabym, aby wraz z nimi przyszła do ich domów miłość, dobroć, szacunek do każdego życia i umiejętność dostrzegania okruchów szczęścia w każdej chwili codzienności. Jeśli do tego Bóg da im zdrowie, to będzie to najbardziej wartościowy prezent, jaki mogliby otrzymać. Chciałabym też, żeby potrafili czasem, choćby raz w roku, w Święta, spojrzeć na swoje życie z perspektywy, aby w codziennej gonitwie nie stracić z oczu celu, a z serca uważności i otwartości na innych. 
Chciałabym, aby ich najstarszy brat był dla nich wyróżnieniem, a nie ciężarem, żeby budził w ich sercach miłość, a nie wstyd i złość. Aby potrafili znaleźć w swoich dorosłych życiach miejsce dla Adasia – lub na pamięć o nim. Tego sobie życzę na te i na każde kolejne Święta.

A że Boże Narodzenie to czas cudów, to marzę, aby spełniło się też jedno życzenie, wzruszające w dziecięcej naiwności, napisane na dziś otrzymanej kartce świątecznej, własnoręcznie zrobionej przez poznanego przez Was Krystiana i jego młodszych braci:



Bo chociaż na co dzień nie pozwalam sobie na takie marzenia, bo powrót do rzeczywistości jest wtedy zbyt bolesny, to ten magiczny czas uwalnia od wszelkiego rozsądku.
Zamiast do kuchni, uciekam więc w marzenia (najwyżej będzie jedno ciasto mniej), a Wam życzę miłości, zdrowia, poczucia Sensu oraz odwagi, by marzyć. Wesołych Świąt!