Translate

niedziela, 24 stycznia 2016

Poranek

Ranek mądrzejszy jest od wieczora - powiadają mądrzy ludzie i ileż mają w tym racji! Ile razy przekonywałam się już, że moje lęki nijak się mają do nadchodzącej rzeczywistości, a życie jest jedną wielką niespodzianką.

Tak i teraz, gdy byłam już pochłonięta przez smutne myśli i owładnięta lękiem, stał się cud. Moja "bardzo bliska osoba" jest zdrowa! Kolejny cykl leczenia okazał się niepotrzebny wobec niespodziewanie świetnych wyników. Choroba jest przewlekła, więc pewnie zmierzymy się z nią jeszcze - ale na najbliższe lata mamy spokój. Cieszę się ogromnie. Dopiero teraz, gdy zrzuciłam z serca ten lęk, czuję jak bardzo mnie on przytłaczał.

Silniejsza, ze spokojnym sercem, potrafię zająć się rzeczywistością. A niesie ona sporo wyzwań. Adaś nadal chory, ale włączyliśmy antybiotyk i jest już lepiej. Antybiotyk spowodował (mimo podawania osłonówki) zakażenie grzybicze jamy ustnej, więc walczymy i z tym. Wstępnie zakwalifikowano Adasia do leczenia dietą ketogenną, my też jesteśmy zdecydowani i tylko czekamy na termin. Ma on być już bardzo niedługo, więc żyjemy w oczekiwaniu.

A poza tym - normalne życie. Praca, dom, opanowywanie rozbrykanych maluchów, rodzinna logistyka, przedszkolne występy i bale, ciągłe katarki, rozczulające "kocham cię, mamusiu", słyszane z dziesięć razy dziennie, śmiechy, płacze, małe łapki oplatające szyję, koty łaszące się do nóg, psy kładące mądre łby na kolanach. Bliscy tuż obok. 

Jak dobrze, że po nocy przychodzi dzień!









poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zimowe wieczory

Nie lubię zimowych wieczorów. Szybko zapada zmrok, jakoś mało przyjazny dla niezłomnego optymizmu i sprzyjający mojemu najgorszemu wrogowi - strachowi. Adaś znów jest chory, a ja nie umiem odpędzić od siebie natrętnej myśli, że zbliża się luty, taki sam, jak w zeszłym roku. Teoretycznie to nic nie znaczy - Adaś przeżył już niejeden luty, poradził też sobie z niejednym choróbskiem. Ale strach - i o Adasia, i o inne bliskie osoby - niechętnie słucha logicznych argumentów. 

Robię sobie wtedy gorącą herbatę i sięgam po najlepszy znany mi sposób na odsunięcie od siebie lęku - po książkę. Na ogół mam ich kilka, porozkładanych w różnych częściach domu, zawsze gotowych na to, by wejść w ich świat chociaż na kilka minut. Ostatnio zaraziłam się też od męża, nałogowego audiobookosłuchacza - miłością do książki czytanej. Nie jest może to tak wielka miłość, jak ta do papierowych kartek pochłanianych wzrokiem, ale za to pozwala zapomnieć o świecie podczas zmywania czy odkurzania ;)

Uciekam zatem, bo strach przecież nic nie zmienia - poza odbieraniem sił oczywiście. Trzymajcie kciuki za Adasia i naszą rodzinę. Aby do wiosny!

PS. Tak, wiem, że zaczął się styczeń. Dziękuję za wszystkie deklaracje 1% i potwierdzam, że dane Adasia się nie zmieniły w tym względzie:
KRS 0000037904 (Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”)
Cel szczegółowy: 13177 Nowak-Moszczyński Adam. Dziękujemy! <3

środa, 6 stycznia 2016

Noworocznie

Za nami Święta i Sylwester - i ogromna radość, że mogliśmy je spędzić razem. Czas noworoczny sprzyja wszelkim podsumowaniom. To, co towarzyszy mi w tym roku, to podszyta lękiem, ale i wdzięcznością, myśl: "Tak niewiele brakowało!". Tak niewiele brakowało, aby przy naszym wigilijnym stole zabrakło aż dwojga ludzi, których kochamy.

Najpierw ten potworny luty, o którym nadal nie umiem myśleć bez bolesnego ścisku serca, niemal zabrał nam Adasia. To prawdziwy cud, że synek trafił na wspaniałych ludzi, którzy chcieli o niego walczyć i że on znalazł w sobie siły, aby podźwignąć się z tak masywnego zapalenia płuc i z kilkuprocentowej saturacji i wywalczyć kolejne dni z nami. Tak niewiele brakowało do tego, żebyśmy zamiast pakować dla naszego synka prezent pod choinkę, stawiali znicz na małym nagrobku. Jestem nieustannie ogromnie wdzięczna Bogu i wszystkim tym, którzy mu pomogli.

Potem, po kilku miesiącach spokoju, rozpoczęło się bardzo trudne leczenie innej osoby z mojej najbliższej rodziny. I znów strach zagościł w naszych sercach, wraz z kolejnymi nowinami - wstrząs anafilaktyczny, zaburzenia pracy serca, sepsa... I znów niewiele brakowało, i znów udało się uniknąć najgorszego i zasiąść razem przy świątecznym stole.

I tak sobie myślę, że to najważniejsze. I tego sobie, i Wam życzę w tym Nowym Roku - abyście spędzili go w miłości i spokoju, i oby nikogo nie zabrakło przy przyszłorocznym Wigilijnym stole.



wtorek, 10 listopada 2015

Inne światy

Czasem trochę rozluźniam mentalną dyscyplinę i pozwalam myślom wybiec trochę za bardzo w alternatywne wszechświaty. Czasem kusi mnie, aby powyobrażać sobie zdrowego Adasia. Niestety, krótki pobyt w tej krainie wyobraźni kończy się dla mnie długotrwałym "kacem emocjonalnym". 

Dziś impulsem do tych fantazji stał się występ naszej Alicji na uroczystości z okazji pasowania na przedszkolaka. Wraz z mężem siedzieliśmy na widowni i wymienialiśmy spostrzeżenia na temat tego, jak które z naszych dzieci radzi sobie z wystąpieniami publicznymi. I naraz przemknęła mi przez głowę myśl, że ciekawe, jak radziłby sobie z nimi Adaś, gdyby był zdrowy. Poczułam bolesny ścisk w sercu. Przez moment pozwoliłam sobie na wyobrażenie sobie tego, jaki byłby Adaś, co by lubił, czego nie, czym by się interesował. I ten moment wystarczył, bym do tej chwili czuła smutek. Z tego powodu mam czasem problem z marzeniami. Nie mam pojęcia, jak umiejscowić w nich Adasia. Marzenia o tym, że staje się cud i Adaś jest zdrowy, są tak abstrakcyjne i tak absolutnie niemożliwe, że powodują tylko ból. A marzenia, w których Adaś nadal jest chory (może tylko odrobinkę mniej) są także bolesne. Trzymam się zatem twardo rzeczywistości i nie sięgam już ku "falom wyobraźnej pianki". Cóż, pewnie już się swoje w życiu namarzyłam. 

Ech, trzeba się wziąć za wznawianie dyscypliny mentalnej ;)


sobota, 7 listopada 2015

Szpitalnie

Na temat kumulacji trudności powiedziano już wiele. Istnieje pokaźna ilość przysłów i powiedzeń na ten temat, począwszy od całkiem niewinnego "chadzania parami", na urokach i przemarszach wojsk skończywszy. W naszym życiu ta zasada sprawdza się aż za dobrze, wręcz zdążyliśmy już do tego systemu przywyknąć i zazwyczaj tylko staramy się zebrać jak najwięcej sił na pokonywanie trudności.
W przeciągu ostatnich dwóch tygodni wydarzyło się bardzo dużo - dwukrotny pobyt Adasia w szpitalu, raz na oddziale neurologii, a drugi raz na oddziale żywienia; pobyt w szpitalu mojej mamy - trudny, cudem dobrze zakończony, a w tym wszystkim codzienność - maluchy i ich przedszkolne bale oraz nasze prace. 

Pobyt Adasia na neurologii spowodowany był zwiększeniem ilości napadów - nawet do kilkunastu na dobę. Co gorsza, okazało się, że napadów, których nie widzieliśmy, jest znacznie, znacznie więcej... Badanie eeg wykazało aktywność napadową non stop, bez przerwy...
Adaś dostał trzeci lek przeciwpadaczkowy (Lamitrin), który chyba zaczyna działać - ilość napadów (tych obserwowanych przez nas) już spadła do poniżej dziesięciu. Tylko co najmniej dwa razy dziennie oglądamy Adamka z niepokojem, bo lek ten może powodować ciężkie zespoły zagrażające życiu - zespół Lyella i zespół Stevensa-Johnsona. Na szczęście jest to bardzo rzadki skutek uboczny i trzymamy się myśli, że u Adasia nie wystąpi. Ale i tak oglądamy go co chwilę, aby - w razie czego - szybko zareagować.

Oprócz tego podjęliśmy decyzję o zastosowaniu u Adasia diety ketogennej. Lekarze, prowadzący Adasia, przywołują przykłady dzieci, które miały taki sam zapis eeg, a u których po zastosowaniu diety ketogennej aktywność napadowa spadła niemal do zera! Pobrano Adasiowi próbki do badań, które mają wykazać, czy dieta ketogenna nie będzie dla niego zagrożeniem - i czekamy na ich wyniki.

Podczas pobytu do oddziale spotkało nas kilka miłych niespodzianek - po pierwsze sam oddział. Pamiętam jeszcze te miesiące spędzone na różnych oddziałach Akademii Medycznej w Gdańsku, pamiętam tamte okropne warunki, które rodziców i tak umęczonych chorobą dziecka, odzierały dodatkowo z wszelkiej godności i uniemożliwiały realizację nawet tak podstawowych potrzeb, jak umycie się, czy jedzenie, o spaniu nawet nie wspominając.
Ku mojemu zaskoczeniu wszystko się zmieniło. Kliniki pediatryczne przeniosły sie do wyremontowanego budynku, sale są czyste, są łazienki, kuchnie i miejsca do spania dla rodziców. Nastawiałam się na pobyt survivalowy, a zostałam niezwykle miło zaskoczona pobytem wręcz hotelowym. 

Drugą miłą niespodzianką było spotkanie na oddziale lekarki z naszego miasta, jednej z tych, które z takim ogromnym zaangażowaniem walczyły o życie Adasia w czasie tego potwornego rsv. Pani doktor odwiedziła Adasia na sali, wyraziła zdumienie, jak nasz syn wyrósł (oj, tak, i nabrał krzepy!) i życzyła mu zdrowia. Bardzo sympatycznie.

To nie był koniec miłych gości. Któregoś popołudnia drzwi od Adasiowej sali się uchyliły i wsunęła się przez nie głowa z wielkim czerwonym nosem. To wolontariusze Fundacji Dr Clown odwiedzili małych pacjentów neurologii. Weszli i zaczęli zagadywać Adasia. Ja początkowo trochę się speszyłam, zaczęłam pośpiesznie tłumaczyć, że z Adasiem jest słaby kontakt, że to się nie uda itd. Wolontariusze nie zwrócili większej uwagi na moje mętnie wyrażane wątpliwości i po prostu zajęli się Adasiem. I dobrze. Okazało się, że Adaś z zainteresowaniem przyjął wkładane mu do rączek prezenty - z zaciekawioną miną ściskał czerwony nos z gąbki, mięciutką kaczuszkę czy pieska i kwiatek z balonów. Cóż, okazało się, że nie doceniam własnego syna. Nos i kaczuszkę Adaś zachował sobie i chętnie do nich wraca, a baloniki powiózł rodzeństwu w ramach gościńca, wywołując ich zachwyt.





Ledwo wróciliśmydo domu, już trzeba było znów się wybierać do Gdańska, tym razem do szpitala wojewódzkiego na wymianę PEGa. Trochę sie tego obawiałam - dość długo trzymaliśmy pierwszego PEGa (dwa lata) i bałam się, czy nie stwardniał na tyle, że będzie problem z laparoskopowym wyjęciem go. Obawiałam się też znieczulenia i tego, czy nie odbije się to na Adasiowej wydolności oddechowej. Wszystkie te obawy okazały się bezpodstawne. PEG został wymieniony, zdecydowaliśmy się na taki z balonikiem (jak cewnik), aby następne mogły już być wymieniane bez znieczulenia. Oddechowo Adaś poradził sobie bez zarzutu, jedzeniowo również. 
Ten oddział również zaskoczył mnie "poremontowo" - też wszędzie ładnie, czysto, pomyślano też o rodzicach.

Patrzyłam na to wszystko i tak sobie myślałam, że jesteśmy świadkami jakiejś transformacji. Jeszcze tak niedawno bywałam na zatęchłych, zapleśniałych oddziałach, na których tynki ze ścian odchodziły płatami, łazienka dla rodziców była dwa piętra niżej i strach było do niej wejść. Rodzic był nierzadko intruzem, który musiał czekać na korytarzu, podczas gdy jego dziecko płakało w gabinecie zabiegowym, przytrzymywane przez obce osoby. Asystowanie dziecku przy zabiegach nie było możliwe. Rodzic nie był przewidziany na oddziale i nie było dla niego miejsca. Spać mógł na krzesełku, chyba że zmieścił się z karimatą na podłodze pod łóżkiem, jeść nie musiał. Czasem dobra wola personelu zapewniała mu krzywy stoliczek i czajnik na podeście tylnych schodów. Z tą dobrą wolą też bywało różnie. Nie raz i nie dwa słyszałam przykre słowa, odbierające nadzieję i godność. Ktoś, kto jest wyspany, najedzony, umyty, dobrze ubrany, czuje wsparcie innych i nie znajduje się w jakiejś trudnej sytuacji życiowej nawet pewnie by takich słów nie zauważył albo potrafiłby znaleźć ciętą ripostę. Ale ten rodzic szpitalny, oszalały ze strachu i rozpaczy, samotny, zmęczony do granic możliwości, głodny, brudny i odczłowieczony, który gotów jest na wszystko, byle tylko móc trzymać za rękę swoje płaczące z bólu dziecko - ten rodzic jest bezbronny i wręcz przeczulony na każde takie słowo, każde zaboli go jak zatruta strzała i jak ta trucizna zostanie w nim bardzo długo. Ja do dziś - po pięciu latach - pamiętam każde z takich słów. I do dziś mnie one bolą.

Teraz wszystko się zmieniło. Oddziały są pięknie wyremontowane, jasne, czyściutkie. Na oddziale świetlica dla dzieci, wypełniona zabawkami i grami. Pani pedagog (?) chodząca po salach i szukająca w nich smutnych dzieciaków, żeby je wyciągnąć do wspólnej zabawy i poznać z innymi dziećmi. Wesołe obrazki wymalowane na ścianach. Kolorowa pościel. Uśmiechnięte buźki narysowane flamastrem na plasterku przytrzymującym wenflon. 



Na obydwu oddziałach przemiła atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, panie pielęgniarki pomocne, często poubierane w fartuchy "przyjazne dzieciom" - kolorowe lub zadrukowane wesołymi wzorami, misiami, kaczuszkami, myszkami Mickey... Nie było ani jednej sytuacji, w której mnie, jako mamę, wyproszono by z gabinetu zabiegowego przy pobieraniu krwi lub zakładaniu wenflonu. Mogłam nieustannie towarzyszyć synkowi, byłam wręcz zachęcana do tego, by być przy nim w trudnych momentach, trzymać go za rączkę czy głaskać po głowie. Przy znieczulaniu Adasia do zabiegu byłam przy nim do ostatniej chwili przytomności - zostałam wyproszona na korytarz dopiero gdy Adaś porządnie zasnął. Rodzic przy dziecku jest przewidziany - dla rodziców są rozkładane łóżka, czyste łazienki, osobne kuchnie, wyposażone w lodówki, czajniki, mikrofalówki. To "bycie przewidzianym", ta możliwość przespania się na łóżku czy umycia się, ta możliwość towarzyszenia dziecku i bycie traktowanym jak partner w opiece nad dzieckiem, a nie intruz - daje ogromną siłę. A tę siłę można wtedy wykorzystać na wspieranie dziecka. 



Teraz odpoczywamy. Adaś przespał całe dwa dni po powrocie, ale już nabiera sił. Moja mama też już w domu. Trochę jeszcze przed nami, ale jesteśmy dobrej myśli. Maluchy przetrwały ten trudny czas dzięki warszawskim dziadkom, którzy przybyli z odsieczą i przez czas pierwszego szpitala byli u nas, a na czas drugiego zabrali dzieci do siebie. Jutro już dzieciaki wracają do domu, a ja nie mogę się już doczekać, kiedy je uściskam. 


Walka o Kubusia

Znam Kubusia i jego rodziców osobiście. Proszę, obejrzyjcie reportaż i udostępniajcie. Może znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie pomóc.




piątek, 25 września 2015

Wrześniowo...

Koniec września za pasem, a na blogu pustki. Na szczęście, nie oznaczają one nic złego - poza ogromnym brakiem czasu. Adaś, pozostała baaardzo absorbująca dwójkeczka, mąż, sprawy innych członków rodziny i przyjaciół, dwa psy, dwa koty, dom, pracowe dzieci i ich rodzice, projekty, w które jestem zaangażowana - to aż nadto. Na pisanie mi po prostu czasu nie wystarcza.

A co u Adasia? W miarę dobrze. Choruje trochę, co prawda, bo Alusia - świeżo upieczony przedszkolaczek - z wytrwałością godną lepszej sprawy znosi do domu coraz to nowe zarazki i zarazeczki. Gdy mam gorsze chwile i trochę puszczę samokontrolę emocjonalną to od razu atakują mnie wizje upiornego sezonu jesienno-zimowego i paniczny strach przed powtórką sytuacji z tegorocznego lutego. Zaraz jednak biorę się w garść, przedyskutuję co trzeba z własnym umysłem i jakoś wykrzesuję z siebie siły, energię i odpowiednią dawkę radości, by podnieść się i iść dalej. Nie mogę przecież zamykać młodszych dzieci w czterech ścianach i izolować ich od społeczeństwa, bo mają chorego brata. Mimo wszystko cała nasza rodzina musi żyć - najnormalniej jak się da w naszej sytuacji.

W imię tej normalności (i realizacji przepisów prawa) nasz pięciolatek rozpoczął właśnie zerówkę - czyli obowiązkowe roczne przygotowanie przedszkolne. Ze względu na fakt, że upośledzenie Adasia jest w stopniu głębokim, zdecydowaliśmy się na kształcenie w formie zajęć rewalidacyjno-wychowawczych. Ze względu na Adasiowy stan zdrowia z kolei - na formę indywidualną tych zajęć. Dostaliśmy stosowne orzeczenie z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej (której serdecznie dziękuję za ogromną pomoc w tym względzie!), złożyliśmy odpowiedni wniosek w Starostwie Powiatowym i od 1. września Adaś został uczniem Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Damnicy. Tam również spotkaliśmy się z bardzo miłym przyjęciem, a Adaś dostał bardzo dobrych terapeutów. Niewdzięcznik, rozpoczął jednak rok szkolny od wagarów (niesubordynacja po matce, jak przypuszczam), które bardzo sprytnie maskował kaszlem, wymiotami i podwyższoną temperaturą.

My z kolei - jak to przejęci rodzice - dołożyliśmy wszelkich starań, aby nasz pierworodny miał jak najlepsze warunki do nauki. Posprzątalismy, przyszykowaliśmy i udostepniliśmy mu nawet specjalny pokój, żeby mógł tam jak najefektywniej pracować ze swoimi terapeutkami. O tym pokoju i Adasiowych pomocach do zajęć napiszę pewnie obszerniej w którymś z następnych wpisów, może się komuś przyda. Kupiliśmy synowi też torbę szkolną (z Małym Księciem, a jakże!), która jednak służy głównie do przewozu pampersów, chusteczek i zapasowych ubranek na zajęcia w ośrodku. No, na ogół ma w niej też II śniadanie - czyli przekąski do ćwiczenia gryzienia na terapii logopedycznej.

Plan zajęć ma nasz synek całkiem napięty. Na szczęście, jego terapeutki są naprawdę specjalistkami pierwszej klasy i potrafią wyczuć zasób sił Adasia i dostosować do niego intensywność zajęć, aby go nie przemęczyć przy tak napiętym grafiku. Tak, jak pisałam wcześniej, z tym grafikiem nie miałam wyjścia. Dotychczasowe terapie Adasia są mu bardzo potrzebne, a od tego roku prawo nakłada na niego obowiązek przedszkolny. Przy tej formie jego spełniania, jaką są indywidualne zajęcia rewalidacyjno-wychowawcze, jest to 10 godzin tygodniowo.

Jak zatem wygląda ten plan? Ano, uwzględniając i zajęcia rewalidacyjno-wychowawcze, i SUO, i udział w projekcie Fundacji "Dogonić świat", i zajęcia prywatne wygląda to następująco:

Poniedziałek:
9.00 - 10.00 Rehabilitacja ruchowa
10.00 - 11.00 Terapia logopedyczna
17.00 - 18.30 Terapia wzroku

Wtorek:
9.00 - 10.00 Rehabilitacja ruchowa
10.30 - 11.30 Terapia pedagogiczna
12.00 - 13.00 Terapia logopedyczna

Środa:
8.30 - 10.00 Terapia pedagogiczna
11.00 - 12.00 Terapia integracji sensorycznej
13.00 - 14.00 Terapia logopedyczna

Czwartek:
9.00 - 10.00 Rehabilitacja ruchowa
13.00 - 14.30 Terapia pedagogiczna
17.00 - 18.30 Terapia wzroku

Piątek:
9.00 - 10.00 Muzykoterapia
12.00 - 13.00 Rehabilitacja ruchowa
13.00 - 14.00 Terapia logopedyczna


Sporo, prawda? Przed rozpoczęciem roku szkolnego bardzo się obawiałam tej ilości zajęć i tego, żeby nie przemęczyć i nie "przebodźcować" Adasia. Jednak moje obawy okazały sie nieuzasadnione. Gdy Adaś ma "dobry dzień" to bardzo chętnie w nich wszystkich bierze udział i w ogóle nie przejawia zmęczenia. Adaś lubi być w centrum zainteresowania i wszystkie "ciocie", które do niego przychodzą, tulą go, śpiewają mu, czytają książeczki, pokazują podświetlane obrazki, masują, wkładają w rączki przedmioty o różnych fakturach i kształtach, a do buzi smakołyki (nawiasem mówiąc, ostatnio okazało się, że nasz syn zdecydowanie przedkłada smak śledzia czy kabanosa, nad jogurciki i jabłuszka, którymi go wytrwale futrowaliśmy dotychczas ;)) to dla niego przyjemność. A jak ma "gorszy dzień" to Adam się nie patyczkuje - zasypia jak kamień nawet podczas najintensywniejszych zajęć i nie znalazł się dotąd spec, który by go z tego snu obudził, zanim Książę się nie wyśpi.

Jakoś zatem nam ta jesień mija. Bardzo intensywnie, ale w sumie pozytywnie. 



Zdecydowanym pozytywem była ogroooomna ilość obrazków, którymi Adasiek został zasypany w ramach akcji, o której pisałam kilka miesięcy temu. To wspaniałe uczucie, patrzyć na te wszystkie obrazki i myśleć, że tak wielu osobom zależało na tym, aby zrobić coś miłego dla Adasia. Pewnie ogromnej większości tych osób nie znam, pewnie wielu z nich nie zna Adasia, bardzo wiele wśród nich to dzieci - a jednak chcieli poświęcić czas na to, by zrobić coś dobrego. I im, i organizatorkom całej akcji - Karolinie i Dorocie - z całego serca DZIĘKUJĘ!!!


Organizatorki akcji - Karolina i Dorota


i Adaś zarzucony obrazkami